“Złe uczucie”. Zbrodnia bywa tak okrutna, że najbardziej doświadczonym śledczym zdarza się zwymiotować

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp
Zbrodnia w afekcie ma swoje specjalne miejsce w wymiarze sprawiedliwości © fot. Przemysław Skrzydło / AG Zbrodnia w afekcie ma swoje specjalne miejsce w wymiarze sprawiedliwości

[UWAGA! TEKST ZAWIERA TREŚCI NIEDOPOWIEDNIE DLA MŁODSZYCH CZYTELNIKÓW]

W kulminacyjnym momencie ciśnienie u sprawcy potrafi przekroczyć 200/120 mmHg. Pojawia się drżenie mięśni. I poczucie siły – ogromnej, takiej, że góry można przenosić. Albo zabić. Zbrodnia w stanie wzburzenia ma swoje specjalne miejsce w wymiarze sprawiedliwości. Tylko jak ze stuprocentową pewnością rozpoznać, czy ktoś zabił w afekcie, czy afekt upozorował, licząc na złagodzenie kary?

Każdego roku zazdrość, nienawiść, wściekłość i zniecierpliwienie popychają do zbrodni kilkadziesiąt osób. Także takich, które mają czystą kartotekę, dobrą pracę, dyplom studiów wyższych i skrojony na miarę garnitur w szafie. Zabijają zazwyczaj bliskich lub osoby powiązane z bliskimi. Ofiarami szału stają się żony, partnerki, rodzice lub nowi partnerzy “byłych”. Zbrodnia bywa tak okrutna, że najbardziej doświadczonym śledczym podczas oględzin zdarza się zwymiotować. Bywa, że na skórze ofiary sprawca pozostawia podpis. Pierwszą literę imienia, ksywkę. Niekiedy piszą: zdrajca, k***, d***, pedał. Albo kłamca. Chociaż to ostatnie najrzadziej. 

Nie przyznaję się do winy

Ogrodzenie jest niczym forteca. Wjechać na ulicę Gęsią na lubelskim Węglinku można tylko przez masywną bramę. Rzadko kręci się tu ktoś obcy.

41-letnia Monika leżała tuż przy wejściu do bloku. Jeszcze dwa, trzy kroki i schowałaby się na klatce. Dopadł ją przy drzwiach. Kiedy około szóstej rano znalazł jej ciało jeden z sąsiadów, miała zmasakrowaną głowę i prawdopodobnie nie żyła od kilku godzin. Niemal natychmiast wykluczono morderstwo na tle rabunkowym. Od początku za najbardziej prawdopodobny motyw przyjęto złe uczucie. A dokładnie zazdrość.

Dzień później. Kraśnik, ulica Lubelska. Do płonącego samochodu pędzi straż pożarna. Na miejscu okazuje się, że w pojeździe leży skulony, półprzytomny już mężczyzna. To 47-letni Piotr, mąż Moniki. Poszukiwany od 24 godzin, typowany na jednego z głównych podejrzanych w sprawie jej zabójstwa. Poparzony, ale żyje.

Najprawdopodobniej chciał popełnić samobójstwo. Po kilku tygodniach utrzymywania w śpiączce farmakologicznej policja w końcu może go przesłuchać. Nie przyznaje się do winy i odmawia składania zeznań. Z tego, co mówią świadkowie, wynika, że od trzech lat był z Moniką w separacji. Mieli dwóch synów. Piotr nie mógł znieść myśli, że kobieta układa sobie życie z nowym partnerem. Czarę goryczy przepełniła informacja, że 41-latka spodziewa się dziecka.

© Policjanci podczas oględzin na ul. Gęsiej na lubelskim Węglinku, gdzie mąż zabił swoją ciężarną żonę… “Kto zabija człowieka…”

Art. 148 § 1 Kodeksu karnego: “Kto zabija człowieka, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 8, karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności”. Jednak, jak podkreśla podinspektor Violetta Grudzień z Zakładu Służby Kryminalnej Szkoły Policji w Katowicach, istnieją tzw. uprzywilejowane typy przestępstw. Jednym z nich może być właśnie “zabójstwo w afekcie”. “Kto zabija człowieka pod wpływem silnego wzburzenia usprawiedliwionego okolicznościami, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10” – czytamy w Kodeksie karnym.

Trzeba jednak zaznaczyć, że wzburzenie sprawcy towarzyszy każdemu zabójstwu, z wyjątkiem bardzo sporadycznych przypadków. Dlatego też samo w sobie nie jest okolicznością łagodzącą. Podinspektor Grudzień kładzie nacisk na to, że “typowe” zabójstwo od “uprzywilejowanego” odróżnia siła tego wzburzenia. Na ten temat wielokrotnie wypowiadały się sądy.

Na przykład Sąd Apelacyjny w Lublinie, uznał, że istotą wzburzenia jest “przewaga emocji nad rozumem” i podkreślił, że afekt upośledza kontrolowanie zachowania i wytrąca zdrowego człowieka z równowagi. Sfera emocjonalna zaczyna dominować nad rozumem. Emocje są na tyle silne, że całkowicie wymykają się spod kontroli.

CZYTAJ WIĘCEJ NA MICROSOFT NEWS: 

Sacha Batthyany: Moja ciotka tańczyła i śmiała się, gdy jej przyjaciele strzelali do ludzi

Piękna i bestia

Jerzy L. wzdychał do niej od kilku lat. Agnieszka Kotlarska, Miss Polski ’91 i Miss International ’91 niejeden raz skarżyła się mamie i znajomym na namolnego wielbiciela, który nagabywał ją po pokazach mody, castingach, słał miłosne liściki. Dzisiaj nazwano by go stalkerem, w połowie lat 90. stalking był jeszcze niezdefiniowany, a natarczywi wielbiciele – bagatelizowani.

Kiedy Agnieszka poleciała do USA, sprawa przycichła. Przez trzy lata mieszkała w Nowym Jorku. Pozowała dla magazynów “Vogue” i “Cosmopolitan”, chodziła na wybiegach Ralpha Laurena i Calvina Kleina. Przez cały ten czas Jerzy L. pisał do niej listy, zbierał zdjęcia, wycinki z gazet z najdrobniejszymi wzmiankami o Kotlarskiej. W domu stworzył kapliczkę poświęconą polskiej miss. Czcił ją jak boginię, a im bardziej ją czcił i pożądał, tym większa narastała w nim żądza posiadania jej na wyłączność. Był tak zaślepiony, że do końca wierzył, że kobieta w końcu przyjmie jego adorację. Ale ona wyszła za mąż za innego.

© Miss Polonia 1991 Agnieszka Kotlarska z córką (fot. Marzena Hmielewicz / AG)

Był rok 1996. L. dowiedział się z mediów, że jego “ukochana” przylatuje do Polski. Samolot, którym miała lecieć z USA do Paryża 17 lipca 1996 roku, rozbił się kilkanaście minut po starcie. Zginęło 212 pasażerów. Kotlarska ocalała tylko dlatego, że spóźniła się na lot. “Gdy zobaczyłem małą wzmiankę w prasie o katastrofie, w której mogła zginąć, te dawne przeżycia odżyły i znowu zacząłem szukać. Nie było komórek. Nie potrzeba było Jamesa Bonda, żeby kogoś znaleźć, książka telefoniczna, numer i adres. Bingo” – opowiadał L. w filmie dokumentalnym “Będę Cię kochał aż do śmierci”.

Agnieszka Kotlarska do kraju przyleciała kilka tygodni później. 27 sierpnia na parkingu przed swoim domem we Wrocławiu czekała w samochodzie na męża. Tam dopadł ją L. “Poznała mnie chyba. Nie otworzyła jednak nawet szyby w aucie. Czułem się jak rybka w akwarium” – tak wspominał dzień morderstwa w filmie. Mąż Kotlarskiej na widok L. od razu zaczął dzwonić na policję. To sprowokowało atak. L. podbiegł do mężczyzny i drasnął go nożem w udo. Kotlarska wybiegła z samochodu i próbowała odciągnąć L. od męża.

Podczas procesu Jerzy L. zeznawał, że poczuł, jak ktoś szarpnął go za lewe ramię, więc nie oglądając się, zadał trzy ciosy do tyłu. Twierdził, że nie wiedział, kogo uderza nożem.

Kotlarska została ugodzona w klatkę piersiową. Wszystko widzieli jej mąż i 2,5-letnia córka. Nie udało się jej uratować. L. 15 lat spędził w więzieniu. Trzy lata po wyjściu na wolność dźgnął nożem bezdomnego, który próbował włamać się do jego mieszkania. Wcześniej L. poczęstował go obiadem, kiedy ten chodził po bloku i prosił o pieniądze. Po kilku dniach bezdomny wrócił, tym razem z zamiarem okradzenia mieszkania. To wtedy doszło do szarpaniny. W jej wyniku mężczyzna został raniony przez L., który ponownie trafił do więzienia, tym razem na półtora roku. 

© Osoby niedojrzałe emocjonalnie bardzo szybko przechodzą od miłości do nienawiści (fot. Piotr Skórnic…

Granica

Według dr Aleksandry Hulewskiej, psychologa i certyfikowanej psychoterapeutki z Wrocławskiego Gabinetu Psychoterapii i Rozwoju Osobistego, granica pomiędzy miłością i nienawiścią, podziwem a obsesją jest bardzo cienka. – Już Zygmunt Freud twierdził, że ludzkim zachowaniem kierują dwie wiązki popędów: życia (Eros) i śmierci (Thanatos). I że jeden popęd potrafi bardzo szybko i gwałtownie przejść w drugi – mówi dr Hulewska.

Jak blisko są ze sobą miłość i nienawiść, dowiedli też John Paul Romaya i Semir Zeki z University College of London. Przeprowadzili eksperyment: poprosili jego uczestników, aby przyglądali się fotografiom osób kochanych i nienawidzonych. Naukowcy monitorowali pracę ich mózgów za pomocą rezonansu magnetycznego. Okazało się, że w obu wypadkach uaktywniały się sąsiadujące ze sobą rejony mózgu. – To dowód, że miłość i nienawiść są ze sobą powiązane także w rozumieniu neurologicznym – dodaje dr Hulewska.

Z doświadczeń psychoterapeutki wynika, że tendencja do szybkiego przekraczania granicy pomiędzy miłością a nienawiścią jest uwarunkowana poziomem psychologicznej dojrzałości. I tak jednostka kochająca dojrzale widzi bliską osobę jako człowieka niezależnego, który ma prawo do swoich potrzeb, pragnień i pasji. Zupełnie inaczej wygląda miłość osób emocjonalnie niedojrzałych. – Taki człowiek kocha, ponieważ nie może obyć się bez obiektu miłości. Jego samoocena jest zazwyczaj niestabilna lub niska, dlatego dręczy go bezustanny lęk przed opuszczeniem. Z niego z kolei wypływa zazdrość, zaborczość. W chwili, gdy partner dystansuje się, jednostkę niedojrzałą zazwyczaj ogarnia potężna, wszechogarniająca wściekłość. Jest to moment, w którym obiekt miłości staje się obiektem nienawiści, a cała energia porzuconej osoby zostaje ukierunkowana na ukaranie tego, kto zawiódł pokładane w nim nadzieje – mówi dr Hulewska.

Fenomen zazdrości

Sierpień, 2005 rok. Wieś Chociwel w Zachodniopomorskiem. Niespełna 190 mieszkańców. Na miejscowym cmentarzu trwa pogrzeb Beaty. 39-latka zmarła w niedzielny poranek. Mąż, Marek, ugodził ją nożem. Dwanaście razy. Beatę zabił już pierwszy cios, zadany z niezwykłą precyzją, prosto w serce. Pomimo to Marek dźgał ją jeszcze przez kilka minut. Zaatakował z zaskoczenia. Nie zdążyła nawet krzyknąć. Niczego nie słyszeli sąsiedzi oraz rodzice Beaty, mieszkający piętro niżej. Śpiący w pokoju obok 14-letni syn przebudził się dopiero na odgłos charczenia matki. Myślał, że chrapie lub źle się czuje. Kiedy wszedł do sypialni, kobieta była przykryta kołdrą i wyglądała jakby spała.

Dlaczego 40-letni Marek zadźgał żonę? Podobno całe życie był o nią zazdrosny. Niejeden raz odgrażał się, że zrobi z nią porządek. Sprawdzał ją na każdym kroku, nieustannie robił wyrzuty. Dzień przed tragedią Beata była z koleżanką na zabawie. Marek nie chciał iść. Koleżanka zezna później, że był jakiś dziwny. A Beata nawet nie tańczyła, była zaniepokojona. Chciała jak najszybciej wrócić, chociaż Marek spał wtedy poza domem. Nie do końca wiadomo, co robił tej nocy. Nad ranem widziano go jeszcze w nocnym sklepie. A potem dopiero w rowie, do którego poszedł położyć się po telefonie na policję. Od razu przyznał się do winy, chociaż w późniejszych zeznaniach twierdził, że nie pamięta samego zdarzenia z powodu wzburzenia. 

Odwet

Kryminolodzy i biegli mówią o afekcie, silnym wzburzeniu, psycholodzy zaś o acting-oucie, co oznacza odreagowywanie emocji w bezpośrednim działaniu. – Acting-out często przyjmuje formę agresji i przemocy, a zdarza się, że także samobójstwa czy zabójstwa. Siła emocji jest tak potężna, a mechanizmy samokontroli tak słabe, że w tej konkretnej chwili najważniejsze staje się wyładowanie skumulowanych uczuć – często zemsta na tym, kto zawiódł zaufanie; bez względu na konsekwencje. W danym momencie nie liczy się rzeczywistość. Ważne jest tylko to, by ukarać – tłumaczy dr Hulewska.

Osoby podatne na acting-out, gdy nic nie zakłóca ich poczucia bezpieczeństwa, funkcjonują względnie normalnie. Jednak wystarczy, że poczują się zranione, opuszczone lub zdradzone i doświadczają znacznie bardziej intensywnych emocji niż inni. Zawód, rozpacz, wściekłość czy nienawiść dosłownie je rozsadzają. Zdrowy rozsądek przestaje się liczyć, a górę bierze potrzeba odreagowania.

Trafną ilustracją takich zachowań jest postępowanie bohaterki filmu “Fatalne zauroczenie” granej przez Glenn Close. Dopóki kobieta jest przekonana, że kochanek odwzajemnia jej uczucia, zachowuje się w sposób, który nie odbiega od społecznej normy. Jednak w momencie, w którym czuje się odtrącona, dochodzi do zniekształcenia percepcji rzeczywistości. taka osoba myśli sobie: (“od początku chciał mnie skrzywdzić”, itp.), a nakręcają ją ekstremalne emocje, które wynikają z poczucia odrzucenia – wyjaśnia dr Hulewska.Pod ich wpływem filmowa bohaterka zaczyna obsesyjnie śledzić obiekt swoich uczuć, nachodzić go w domu, grozić. Używa też emocjonalnego szantażu – podejmuje próbę samobójczą. W jednej z ostatnich scen filmu usiłuje zamordować żonę głównego bohatera. Nic się wówczas dla niej nie liczy poza pragnieniem “odzyskania raju utraconego”. Wszelkimi metodami i za wszelką cenę. Kiedy to okazuje się niemożliwe, pojawia się żądza zemsty, odwetu, adekwatnego do rozmiaru doznanej krzywdy. Stąd akty skrajnej brutalności i agresji, mściwego triumfu pozwalającego choć w jakiejś części doświadczyć zadośćuczynienia.

© (fot. Łukasz Cynalewski / AG)

Zanim odejdziesz

Gdy 4 marca w pył obraca się pół kamienicy na poznańskim Dębcu, w pierwszych chwilach mówi się o nieszczelnej instalacji, katastrofie budowlanej lub celowym odkręceniu kurków z gazem i próbie samobójczej. Nikt jeszcze nie wie, że pod gruzami, obok trzech innych ofiar, leży Beata. Kiedy ratownicy znajdują jej ciało, są niemal pewni, że obrażenia nie mogły powstać tylko na skutek zawalenia się budynku. Kobieta ma potwornie okaleczone ciało, m.in. wydłubane oczy, a na czole wycięte słowa: za zdradę.

Na skutek zawalenia się kamienicy do szpitali trafiają 22 osoby. Jedna z nich umrze. Wśród rannych jest m.in. Tomasz, mąż Beaty. 4 marca miało go tam nie być. Beaty też. Miała siedzieć w samolocie do Londynu, lecieć do nowego partnera. Świadkowie zeznają, że już w styczniu kobieta mówiła Tomaszowi, że chce się rozwieść i wyjechać z Polski z ich nastoletnim synem. Tomasz groził, że nie pozwoli jej odejść. Że stanie się coś złego. Niedługo potem zdarzył się wypadek samochodowy. Tomasz wyszedł z niego z lekkimi otarciami, ale ich syn został ciężko ranny, do dziś przebywa w szpitalu. Czy mężczyzna celowo spowodował wypadek, próbując zabić siebie i syna? Niektórzy twierdzą, że tak. Prokuratura też ma wątpliwości, dlatego po marcowej tragedii na Dębcu postanawia ponownie zbadać tę sprawę. Póki co postawiła Tomaszowi nie tylko zarzut zabójstwa żony, ale także znieważenia jej zwłok oraz spowodowania częściowego zawalenia się budynku. Odkręcenie kurków z gazem najprawdopodobniej było próbą zatarcia śladów morderstwa. Mężczyzna nie przyznaje się do winy. Grozi mu dożywocie.

Mechanizm ostatniej kropli

Dr n. med. Jerzy Pobocha, przewodniczący Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Sądowej, w “Palestrze”, piśmie adwokatury polskiej, wyjaśnia, że w silnym wzburzeniu często działa tzw. mechanizm ostatniej kropli. Wystarczy cokolwiek, żeby przelać kielich goryczy, przypomnieć od dawna skrywaną urazę, sprawić, by puściły hamulce: piosenka z przeszłości, zapach albo zdjęcie w mediach społecznościowych.

Narzędzia często są przypadkowe. Sprawca bierze to, co ma pod ręką. Krzesło, widelec, żelazko, kuchenny nóż. Silne wzburzenie zdradza jego twarz: zaciśnięte usta i pięści, zgrzytanie zębami, poszerzone źrenice. Zdarzają się utrata głosu lub nieartykułowane dźwięki, krzyki. Niektórzy w kulminacyjnym momencie wzburzenia oddają mocz i kał. Część z tych reakcji towarzyszy jednak również krótkotrwałej psychozie, dlatego żeby orzec, że sprawca działał w stanie silnego wzburzenia, sąd musi korzystać z wielu opinii biegłych. Analizują oni nie tylko zachowanie samego sprawcy, ale też ofiary i okoliczności, w jakich doszło do zdarzenia. Czy wystąpiły jakiekolwiek bodźce, które mogły sprowokować sprawcę do działania? A może działał w samoobronie? Albo tak się po prostu złożyło, że w nim samym lub w jego życiu zaszło coś, co wywołało wzburzenie?

W takich sprawach nigdy nie jest łatwo wydać wyrok. Choć przecież chodzi tylko – a może aż? – o to, co zwykle: o sprawiedliwość.

Joanna Pasztelańska. Dziennikarka, reporterka. Jako jedna z pierwszych dotarła do Turcji po trzęsieniu ziemi w 1999 roku, relacjonowała wybory prezydenckie w Iranie, zajmowała się sprawą farmy niewolników pod Londynem i ukrytymi w rejonie Prypeci sierocińcami dla dzieci z wadami genetycznymi po wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Od blisko dwudziestu lat jeździ po Polsce śledząc tematy trudne i niewyjaśnione m.in. dla “Życia Warszawy”, “Tygodnika Kulisy” i magazynu “Dziennika Gazety Prawnej”. W 2016 roku nakładem wydawnictwa Horyzont Znak ukazała się książka “Policjanci. Za cenę życia”, którą napisała wraz z mężem.

Zostaw komentarz