Wznowienie rozgrywek groźne dla piłkarzy. I to nie z powodu koronawirusa

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Zobacz wideo

Giovanni Reyna z Borussii Dortmund musiał zejść z boiska już na rozgrzewce i w meczu z Schalke w ogóle nie zagrał, choć był wytypowany do pierwszej jedenastki. Zastąpił go Thorgan Hazard, który asystował przy pierwszym golu, sam strzelił trzeciego, ale w 79. minucie zszedł z boiska kontuzjowany. Jeszcze w pierwszej połowie derbów Jean-Clair Todibo gwałtownie ruszył do piłki, a później dość długo się nie podnosił. Kontuzja. Na przerwę schodził kulejąc i na murawę już nie wrócił. 

Piłkarze z Bundesligi wrócili w weekend do gry po ponad dwóch miesiącach wymuszonej przerwy. I już w pierwszej kolejce potwierdziły się obawy ekspertów, że zawodnicy będą znacznie bardziej podatni na urazy mięśniowe, do których dochodzi bez udziału przeciwnika. Poza wspomnianymi Reyną, Hazardem i Todibo kontuzję w pierwszej kolejce po wznowieniu odnieśli jeszcze: Sebastian Rudy (Hoffenheim), Per Ciljan Skjelbred (Hertha Berlin), Ihlas Bebou (Hoffenheim), Klaus Gjasula (Paderborn) i Marcus Thuram (Borussia Moenchengladbach). Natomiast drugie tyle nawet nie dotrwało do meczów. Już na treningach kontuzję złapali: Diadie Samassekou, Havard Nordveit, Konstantinos Stafylidis, Andrej Kramaric (wszyscy z Hoffenheim), Claudio Pizarro (Werder), Axel Witsel, Emre Can (obaj z Borussii Dortmund), Karim Rekik (Hertha Berlin), Goncalo Paciencia (Fortuna Duesseldorf).

Dlaczego dochodzi do tak wielu urazów?

– Sytuacja, którą mieliśmy przez ostatnie dwa miesiące dla nikogo nie była normalna. Dla sportowców również. Zostali na dwa miesiące zamknięci w domach i realizowali tylko indywidualne plany treningowe. Treningi na boisku są natomiast tak specyficzne, jeśli chodzi o intensywność i formę, że nie zastąpi ich żadna inna forma treningu realizowana indywidualnie. Czy to będzie bieganie po ścieżkach, po lasach czy bieżniach. To po prostu nie są pełnowartościowe substytuty. Z kolei jak już wrócili do pracy na boisku, byli po niecodziennie długiej przerwie. Tutaj należy upatrywać przyczyny takiej liczby urazów – wyjaśnia Remigiusz Rzepka, były trener przygotowania fizycznego reprezentacji Polski. – Piłkarz jest jak samochód Formuły 1. Nie może stać w garażu od wyścigu do wyścigu i być odpalany raz w tygodniu. Musi jeździć w optymalnych warunkach, nie po trzydzieści na godzinę. A tak było z piłkarzami – dodaje obrazowo. 

– Biegając na bieżni w domu da się nawet zwiększyć pewne wskaźniki fizjologiczne, ale wysiłek boiskowy zdecydowanie się różni. W obu przypadkach angażowane są inne grupy mięśniowe, inne są rodzaje napięcia, inne jest podłoże, czy też sama biomechanika ruchu. Z fizjologicznego punktu widzenia jest to zupełnie inny wysiłek, inne obciążenie nie tylko mięśni, ale i całego organizmu – mówi dr Krzysztof Mizera, fizjolog sportu. – Do tego dochodzi też kwestia mentalna, bo zawodnicy zostali wybici z pewnego cyklu przygotowań i długo trenowali indywidualnie bez wiedzy, kiedy i czy w ogóle wrócą w tym sezonie do gry, a to ma związek z samą fizjologią, bo wpływa na hormony. W sytuacjach stresowych wytwarza się kortyzol, który negatywnie wpływa na mięśnie – dodaje. 

– Jeśli szybko wrócimy do rozgrywek i ten okres adaptacji będzie bardzo krótki, to ryzyko odniesienia kontuzji mięśniowych będzie naprawdę duże. To jest rzecz, której na tę chwilę najbardziej się obawiamy i z którą będziemy musieli się zmierzyć – mówił nam w marcu Łukasz Bortnik, szef przygotowania fizycznego Legii Warszawa.

– Nie zmieniam swojego przypuszczenia. Urazy niestety będą się pojawiały, bo rozbrat z piłką był bardzo długi. Skok obciążeń treningowych też jest duży, bo szybko wracamy do gry i musimy przygotować piłkarzy do meczów co trzy-cztery dni. Ten skok jest widoczny przede wszystkim w takich aspektach jak przyspieszenia i hamowania, bo o ile objętość lokomocyjną w postaci całkowitego dystansu i szybkiego biegu mogliśmy zbudować w okresie pracy indywidualnej, o tyle gwałtowne zmiany tempa biegu, nagłe zmiany kierunku biegu były w tym czasie niemożliwe do wytrenowania – wyjaśnia.

Ewentualnym kontuzjom trudno zapobiegać podczas treningów, do których drużyny z ekstraklasy wróciły na początku maja po testach na obecność koronawirusa. – Mecze piłki nożnej mają bardzo dużą intensywność. Trwają 90 minut, a średnia liczba pokonanych metrów na minutę oraz wysiłków o wysokiej intensywności nie ma bezpośredniego odwzorowania w treningach. Możemy zorganizować dwa treningi dziennie, żeby zawodnik pokonał podczas nich większy dystans niż w meczu, ale i tak nie oddamy tej intensywności. Możemy przeprowadzić bardzo intensywne gierki treningowe, ale nie zrobimy ich jedenastu na jedenastu w pełnym wymiarze czasowym. Możemy na treningu odwzorować warunki meczowe, żeby zawodnik wykonywał podobne ruchy, ale nie oddamy tej intensywności. To podstawowa różnica między meczami a treningami – tłumaczy Rzepka.

– Samo natężenie meczów też będzie dla nas wyzwaniem. Będziemy grali co trzy-cztery dni, bo to nieuniknione. Na szczęście terminarz i tak jest ułożony rozsądnie. Są tam małe przerywniki. Na przykładzie Legii: gramy w przyszły wtorek z Miedzią Legnica w Pucharze Polski, w sobotę w Poznaniu z Lechem, ale później mamy tydzień przerwy, gdy możemy się zregenerować i przygotować do następnego wymagającego tygodnia, w którym mamy maraton meczów z Wisłą Kraków, Arką Gdynia i Górnikiem Zabrze. Ryzyko kontuzji będzie rosło. Zdaniem naukowców, podczas meczu jest sześciokrotnie wyższe niż podczas treningu. A jeśli dołożymy do tego ich natężenie, to jeszcze nam to ryzyko wzrośnie. W teorii na pewno będzie bardzo duże, ale czy do tych kontuzji dojdzie? Zobaczymy. Oby nie – mówi Bortnik.

Kolejny problem: brak sparingów

Sam Allardyce, były trener m.in. West Hamu i Evertonu w felietonie napisanym dla “The Telegraph” zwraca uwagę, że kolejnym dużym problemem dla trenerów będzie brak sparingów przed wznowieniem rozgrywek. Zdaniem Anglika nie można też zestawiać przygotowań do wznowienia sezonu z przygotowaniami po wakacjach.

– Pełna zgoda. To zupełnie inny okres przygotowawczy. Wystarczy to porównać z przygotowaniami do rundy wiosennej Ekstraklasy. Jeśli ostatnie mecze graliśmy około 20 grudnia, to zawodnicy, w zależności od wieku, sytuacji zdrowotnej, potrzeb regeneracji i przygotowania fizycznego, dostawali od nas od siedmiu do dziesięciu dni tzw. “kompletnego wolnego”. Po tym czasie zazwyczaj przez około dwa tygodnie pracowali samodzielnie nad kondycją i siłą, żeby na początku wspólnych przygotowań być już na odpowiednim poziomie. W czasie pandemii warunki do pracy indywidualnej mieli bardzo ograniczone: siłownie pozamykane, z możliwością optymalnego biegania na zewnątrz też różnie to wyglądało. Później są cztery tygodnie pracy wspólnej. Czy to dużo? Zależy od tego, jak długa była przerwa. W normalnych warunkach to wystarczy. W obecnych może to być kłopotliwe, bo nie dość, że przerwa była dłuższa, to jeszcze przygotowania są krótsze. Ta forma przygotowań jest też ograniczona o tzw. “wysiłki specjalne”, bo nie rozgrywamy sparingów. Piłkarze mogą grać jedynie między sobą, co trenerowi w pewnym stopniu ogranicza możliwość dawkowania obciążeń w kontekście taktyczny i fizycznym- tłumaczy Rzepka.

– Rozegranie sparingów byłoby bardzo pomocne nie tylko w kontekście przygotowania się do wznowienia ligi, ale też uzyskania lepszej koncentracji i wyższego obciążenia mentalnego, które jest obecne podczas meczów. Gra wewnętrzna nam tego nie zapewni – uważa Bortnik.

Jak będzie w Polsce?

– Przygotowania mamy bardzo krótkie. Pierwsze testy na przeciwciała koronawirusa wymusiły dodatkową przerwę i jeszcze nam ten okres trochę skróciły, więc tak naprawdę mieliśmy niecałe trzy tygodnie. Towarzyszyła temu niepewność, w jakiej formie piłkarze wrócą do pracy na boisku. Okazało się, że byli w lepszej niż się spodziewaliśmy, choć cechy wytrzymałościowe nieznacznie spadły w porównaniu do testów wykonywanych w styczniu, przed przygotowaniami do rundy wiosennej – mówi Bortnik.

Szef przygotowania fizycznego Legii nie chce mówić o szczegółach. – O tym będziemy mogli porozmawiać po zakończeniu sezonu – uśmiecha się. – Ale różnice były niewielkie. Niektórzy nawet zdolności wysiłkowe utrzymali lub poprawili. Na razie wygląda to dobrze.

W związku z nadzwyczajnymi warunkami powrotu do gry, Międzynarodowa Rada Futbolu (IFAB) zgodziła się na tymczasową zmianę przepisów i dała trenerom możliwość przeprowadzenia pięciu zmian w jednym meczu. Ale w Polsce prawdopodobnie ten przepis nie będzie wykorzystywany. – Nie zastosujemy tego. To nie jest piłka. Ta decyzja została podjęta tylko po to, by zadowolić populistów, którzy najwyraźniej nie wiedzą, jak wygląda mecz piłkarski – powiedział kilkanaście dni temu Zbigniew Boniek w rozmowie z “tuttomercatoweb.com”.

W Bundeslidze ze zmian w przepisach skorzystała większość zespołów. Po pięć zmian dokonali trenerzy Schalke, Herthy, Paderbornu, Eintrachtu, Borussii Moenchengladbach, FC Koeln, Mainz, Unionu Berlin, Werderu Brema i Bayeru Leverkusen. Po cztery: Borussii Dortmund, Fortuny Buessledorf, Freiburga, Hoffenheim i Augsburga. Tylko trzech trenerów nie przekroczyło tradycyjnego limitu zmian – Julian Naggelsmann z RB Lipsk, Oliver Glasner z Wolfsburga i Hansi Flick z Bayernu, który i tak chwalił zmianę w przepisach. – Cieszę się, że mogę wykonać więcej zmian. W tej sytuacji to bardzo potrzebne. W odpowiednim momencie, gdy będziemy mieli zmęczonych piłkarzy na pewno z tego skorzystamy.

– Dodatkowe dwie zmiany ułatwiłyby nam dysponowanie siłami piłkarzy i ich stopniowe wprowadzanie w obciążenia meczowe. Mogłyby pomóc w uniknięciu kontuzji, dlatego od początku byłem zwolennikiem tego rozwiązania. Musimy myśleć o kolejnym sezonie i eliminacjach do europejskich pucharów. Ewentualne kontuzje mogą w tym aspekcie nam zaszkodzić. Ale nie chcę narzekać. Jesteśmy przyzwyczajeni do robienia trzech zmian, prawdopodobnie z tym zostaniemy i jakoś sobie poradzimy. Na szczęście terminarz jest mądrze poukładany, mecze półfinałowe i finałowy Pucharu Polski zostały wpisane po zakończeniu sezonu ligowego, więc będzie się można skoncentrować tylko na nim – mówi Bortnik.

– Z tego co komunikujemy się z trenerami przygotowania motorycznego z klubów Ekstraklasy wynika, że nie wszyscy zawodnicy przepracowali tak samo okres pandemii. Jedni dostali zawodników lepiej przygotowanych, bo skrupulatnie realizowali plany, a drudzy pojawili się z zaległościami, bo np. nie mieli odpowiednich warunków do treningu. I jak w życiu – jedni byli bardziej gorliwi, drudzy mniej. Ktoś stosował się do wszystkich zasad, a inny wolał wyjść, mimo zakazu, trenować, żeby jakoś się do wznowienia przygotować, bo jakby wrócił nieprzygotowany, złapał poważną kontuzję, to pół roku będzie bez gry. To były trudne decyzje – mówi Rzepka. 

– Są zawodnicy, którzy mają w domach sprzęt, sprzęt siłowy w garażu, gdzie mogli wykonać bardzo dobry jakościowo trening. I teraz pewnie nie będą mieli problemów z powrotem do gry. Znając datę rozpoczęcia sezonu i obserwując sytuację z pandemią, można było w tej trudnej sytuacji zaplanować optymalne przygotowania. Na takiej zasadzie: kontynuujemy pracę, mamy przypuszczenia, że powrót jest planowany na koniec maja, więc robimy ponad tydzień przerwy, odpoczywamy, po czym wracamy z podobnymi przygotowaniami jak zimą. Adaptacja i przygotowania indywidualne, później treningi w małych grupach i z drużyną. I praktycznie mamy okres przygotowawczy jak między rundą jesienną a wiosenną w Polsce. Ale do tego potrzebna była dobre przygotowanie, szybkie reagowanie do zmieniającej się sytuacji i infrastruktura do pracy indywidualnej, determinacja zawodnika i kilka innych czynników – dodaje.

Zostaw komentarz