Witajcie w ciężkich czasach. “To nie przychodzi do nas niespodziewanie”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Black Lives Matter (Życie Czarnych ma znaczenie). Gigantyczne hasło wymalowane na ulicy w Waszyngtonie © PAP Black Lives Matter (Życie Czarnych ma znaczenie). Gigantyczne hasło wymalowane na ulicy w Waszyngtonie

W USA buntuje się nie tylko czarna ludność, która doświadcza opresji ze strony policji, ale ogólnie: amerykańskie klasy ludowe. Pandemia to katalizator – widzimy skumulowane skutki kilku dekad degradacji społecznej – mówi Przemysław Wielgosz w rozmowie z Onetem. – Erozja amerykańskiego systemu postępowała przez lata, a my obserwujemy teraz spotęgowane skutki. „Cięższe czasy” nie spadają na nas nagle i niespodziewanie – dodaje.

  • – Łatwiej nam było sobie wyobrazić koniec świata niż koniec kapitalizmu. Tymczasem wraz z pandemią dostaliśmy próbkę „niewyobrażalnego”: system wyłączyły rządy i to rządy znów go uruchamiają. Państwo, władza polityczna nadal ma sporo do powiedzenia – nie zapominajmy o tym, gdy następnym razem politycy będą mówić, że mają związane ręce, bo i tak o wszystkim decydują rynki – mówi Przemysław Wielgosz w rozmowie z Onetem.
  • Kryzys społeczny, jakiego doświadczają dziś Stany Zjednoczone, zaczął się już w latach 80. wraz z neoliberalnym zwrotem w tamtejszej gospodarce – twierdzi redaktor naczelny polskiej edycji miesięcznika „Le Monde diplomatque”.
  • Pandemia pokazała – mówi Wielgosz – że praca pielęgniarki, lekarza, ekspedientki czy kuriera okazuje się społecznie istotniejsza niż szefa działu PR tej czy innej firmy.
  • Według rozmówcy Onetu zobaczyliśmy w trakcie pandemii m.in. „kruchość demokracji w znanych nam formach”, a zarazem podmiotowość państwa i władzy politycznej, które nadal mają mnóstwo do powiedzenia w relacji z rynkami.

Mateusz Zimmerman: Patrząc na zabójstwo George’a Floyda i wszystko, co się od tamtego momentu dzieje w USA, ma pan poczucie, że stało się coś rzeczywiście niespodziewanego?

Przemysław Wielgosz*: W pewnym sensie to się „dzieje” nieustannie. Ruch BlackLivesMatter, który powstał w 2013 roku, nie wziął się przecież z niczego, był reakcją na falę policyjnej przemocy wobec czarnoskórych obywateli i od tamtego czasu widzieliśmy podobne sceny już kilka razy. Wprawdzie ofiary ginęły od kul, a nie jawnej tortury, ale przecież nie czyniło to tych zabójstw mniej barbarzyńskimi.

Nie ma oczywiście porównania z latami 60. i wcześniej – ruch praw obywatelskich wiele osiągnął w kwestii równouprawnienia. Segregacji na poziomie prawa nie ma, za to rasizm strukturalny i osadzony w zwyczaju ma się dobrze. Wspomnijmy choćby, że biały wychodzący z więzienia ma większe szanse znalezienia pracy niż czarny obywatel, który nigdy nie był karany. Wielkie nadzieje na odmianę własnej sytuacji Afroamerykanie wiązali z prezydenturą Obamy i zderzenie tych oczekiwań z realiami było dla milionów ludzi bardzo bolesne.

Skąd tak duże rozmiary protestów w USA? Są dane, które pokazują, że nie ma czemu się dziwić

Bywały oczywiście w najnowszej amerykańskiej historii bardziej brutalne zamieszki, dla których zapalnikiem była policyjna przemoc – jak choćby „powstanie Rodneya Kinga” na początku lat 90 w Los Angeles. Obecne protesty mają natomiast większy zasięg, także dlatego, że rozruchy łączą różne grupy. Buntuje się nie tylko czarna ludność, która doświadcza opresji ze strony policji, ale ogólnie: amerykańskie klasy ludowe.

Czyli mamy endemiczny rasizm i brutalność policji z jednej strony, a z drugiej – intensyfikację napięcia przez pandemię.

Pandemia to katalizator kryzysu społecznego, którego doświadczają Stany Zjednoczone – ale nie jego przyczyna. W obywateli tego państwa uderzają wraz z wirusem skumulowane skutki kilku dekad degradacji społecznej.

Masowe groby ofiar choroby, szpitale w halach sportowych, wskaźniki bezrobocia, zamieszki, Jeff Bezos organizuje fundusz na rzecz pracowników własnej firmy, Trump zachowuje się jak duże dziecko, czyli jak zwykle – to są obrazki, na których supermocarstwo wygląda, jakby się zwijało, i to „nie hukiem, a skomleniem”.

Z drugiej strony: nie ulegajmy wrażeniu, że zaraz USA się efektownie rozlecą. Mówimy o głębokich problemach strukturalnych: ogromne nierówności, bieda, regres klasy średniej, brak dostępu do usług publicznych dla wielu biedniejszych obywateli, brak dostępu do opieki zdrowotnej dotykający kilkudziesięciu milionów ludzi. Sama prezydentura Trumpa – którego administracja do ostatniej chwili lekceważyła koronawirusa i udawała, że nic takiego się nie dzieje – jest jednym z objawów tego kryzysu.

Do tego dodajmy zmianę konfiguracji geopolitycznej: amerykańska hegemonia na świecie ma się ku końcowi. Waszyngtońskie elity na początku XXI wieku ogarnęła imperialna hybris – poszły wojować na dwóch frontach, na obu przegrały, a do tego przegapiły moment, gdy zza pleców wyłonił się Stanom Zjednoczonym rywal w postaci Pekinu. Sporo z tego przewidział Immanuel Wallerstein – kiedy w 2003 roku amerykańskie czołgi defilowały w zdobytym Bagdadzie, pisał o „końcu amerykańskiego imperium”.

Kiedy ten proces się zaczął?

Wskazałbym chyba na lata 80. – to wtedy dokonał się neoliberalny zwrot w amerykańskiej gospodarce i polityce. USA pożegnały się definitywnie z marzeniem o Great Society – Wielkim Społeczeństwie – które towarzyszyło jeszcze administracji prezydenta Johnsona i było próbą odpowiedzi na wielkie wyzwania lat 60.: protesty społeczne, działalność ruchu praw obywatelskich i kwestię równouprawnienia, Wietnam.

Witajcie w ciężkich czasach Przemysława Wielgosza © Materiały prasowe Witajcie w ciężkich czasach Przemysława Wielgosza

Popatrzmy szerzej: po II wojnie światowej USA osiągnęły olbrzymi gospodarczy sukces. Państwo wyciągnęło wnioski z doświadczeń i Wielkiego Kryzysu, i wojny światowej, czego skutkiem były m.in. pakty socjalne, zawarte – bodaj pierwszy raz w historii kapitalizmu w ogóle – między siłą roboczą a kapitałem. Ale po kryzysach lat 70.: naftowym, a potem stagflacyjnym, z dodatkowym „dopalaczem” w postaci wojny wietnamskiej, obieg zdominowały recepty ekonomistów „szkoły chicagowskiej”. Okazały się w dłuższej perspektywie metodami nie tyle wyjścia z kryzysu, co permanentnego zarządzania kryzysem.

Nacjonaliści wykorzystają każdy pretekst, żeby zdobyć więcej. Rozmowa z Guyem Sormanem

Zaraz, przecież lata 80. są postrzegane jako czas amerykańskich triumfów: „gwiezdne wojny” Reagana doprowadzają Moskwę do zadyszki, ZSRR się rozpada, kończy się zimna wojna, a Fukuyama za chwilę obwieści „koniec historii”.

Tyle że już wtedy ten amerykański model trzeszczał. Pogłębiały się nierówności, od lat 70. dla 80 proc. zatrudnionych pensje realne stały w miejscu, co zresztą trwa do dziś. Zadłużenie rosło, wskaźniki wzrostu wydajności i wykorzystania mocy produkcyjnych wyhamowały, za to zyski w niektórych sektorach gospodarki – finansowym zwłaszcza – rosły do poziomów niebotycznych. Polityka cięć wpędziła sektor publiczny, jeden z filarów amerykańskiej potęgi po wojnie, w chroniczne niedofinansowanie.

Państwo wycofało się też z inwestycji w innowacje, przez co samo sobie odebrało ważne strategiczne przewagi. Gadżety, dzięki którym możemy sobie dziś zdalnie rozmawiać, powstawały w laboratoriach państwowych, natomiast biznes komercjalizował ich masową produkcję. Ten układ się skończył, gdy państwo zaczęło prywatyzować, co się da, a potencjał badawczy przekierowano na projekty obiecujące krótkoterminowy zysk. O „przedsiębiorczym państwie” i o tym, jak tę ideę w USA zarzucono, świetnie pisze ekonomistka Mariana Mazzucato.

Tak więc erozja amerykańskiego systemu postępowała przez lata, a my obserwujemy spotęgowane skutki. To zresztą dotyczy nie tylko USA. Jedna z najważniejszych tez mojej książki jest taka, że dzisiejsze „cięższe czasy” nie spadają na nas nagle i niespodziewanie. To nie tak, że ludzie w wielu krajach nagle się zmówili i powiadają: było za dobrze, więc teraz to popsujemy i będziemy głosować na prawicowych radykałów. By to zrozumieć, musimy się ostatnim trzem dekadom przyjrzeć uważniej.

Rasizm systemowy w USA. Na czym polega?

Czytając „Witajcie w cięższych czasach” ciągle miałem z tyłu głowy jeden z ważnych tytułów ostatniej dekady: „23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie”. Pan stoi na pozycjach nieugiętego krytyka Systemu, więc zapytam, parafrazując Ha-Joon Changa, o kilka ważnych rzeczy, których nie mówiono nam o Systemie, a których się dowiedzieliśmy dzięki pandemii.

Pierwsza to kruchość demokracji, a może raczej: jej form, do których jesteśmy przyzwyczajeni. W wielu krajach świata logika zdrowia i porządku sanitarnego splotła się z logiką bezpieczeństwa w taki sposób, że do „walki z wirusem” zaprzęgnięto policję i resorty siłowe, poszerzając ich uprawnienia. Tendencję widać oczywiście na przykładzie USA, ale można też ją dostrzec dzięki farsowym obrazkom z naszego podwórka, gdzie pięciu policjantów mężnie rozpędza jednoosobowe demonstracje pod siedzibą Trójki.

Zrozumiałe wyciszenie aktywności społecznej i potencjału protestu jest wykorzystywane przez władzę. W Polsce próbowano przepchnąć absurdalny termin wyborów prezydenckich czy zaostrzyć przepisy antyaborcyjne. Krótko mówiąc: okoliczności takie jak pandemia mogą być i są używane do przykręcenia obywatelom śruby.

Druga sprawa dotyczy komunikacji. Skala naszego przejścia do świata wirtualnego, którą wymusiła pandemia, będzie mieć swoje konsekwencje dla demokracji. Komunikatory, media, platformy, którymi się posługujemy, pozwalały nam funkcjonować jako obywatelom i pracownikom. Mogą też na dłuższą metę przysłużyć się społeczeństwu i gospodarce.

To gdzie pan widzi problem?

One nie są narzędziami publicznymi. To przestrzeń de facto sprywatyzowana i kontrolowana przez kilka wielkich korporacji. Oznacza to, że w pewnych warunkach prywatny podmiot może naszej komunikacji – prywatnej, zawodowej, związkowej, dowolnej – „wyciągnąć wtyczkę”. Uregulowanie tej przestrzeni to wyzwanie dla suwerennych państw, tym bardziej że przymusowe „zamknięcie”, którego doświadczyliśmy, zapewne nie było jednorazowe.

Trzecia obserwacja: przekonaliśmy się, jak łatwo można „wyłączyć system”. Slavoj Žižek w jednej z książek, które są zresztą kopalnią świetnych bon motów, napisał że łatwiej nam sobie wyobrazić koniec świata niż koniec kapitalizmu.

I teraz mogliśmy zobaczyć próbkę „niewyobrażalnego”?

A żeby było jeszcze zabawniej: system wyłączyły rządy i to rządy znów go uruchamiają. To oznacza, że państwa, władza polityczna, nadal mają mnóstwo do powiedzenia jako podmioty życia gospodarczego. Nie powinniśmy zapominać tej lekcji, kiedy znów usłyszymy mantrę, która pojawiała się przez minione 30 lat: że politycy mają związane ręce, bo i tak „o wszystkim decydują rynki”. Dotyczy to też zresztą przeciwdziałania destabilizacji klimatu.

Od dwóch dekad trwają debaty nad ograniczeniem emisji CO2, przy czym elity bardzo dużo na ten temat mówią, ale bardzo mało robią. Tymczasem okazało się, że jeśli sytuacja to wymusza, raz-dwa można ograniczyć masowy dostęp do tanich lotów samolotem. Innymi słowy: możemy oddziaływać na pewne szkodliwe z punktu widzenia klimatu aktywności i gałęzie gospodarki w taki sposób, że istotnie spadnie poziom zysków w tych sektorach, za to podniesie się jakość życia wszystkich obywateli.

No i nie zapominajmy o kryzysie klimatycznym. Potężna ekspansja gospodarcza w krajach Południa w ostatnich dziesięcioleciach doprowadziła do wyniszczenia mnóstwa habitusów zwierzęcych. Ludzie żyją dziś bardzo blisko takich dzikich gatunków, z którymi nigdy wcześniej się nie stykali. W tym sensie pandemia wirusa pochodzenia odzwierzęcego jest jednym z symptomów kryzysu modelu ekonomicznego nastawionego na nieograniczony wzrost zysków i eksploatację natury.

Wydarzenia w USA przypominają, że jedną z twarzy „cięższych czasów”, o których pan pisze, może być także przemoc. Kryzysy sprzyjają lękowi, niepokojowi, bezradności na skalę masową – a jednocześnie wiemy, że władza polityczna i rynek potrafią przekierowywać społeczny gniew na zastępczych wrogów.

Nic nowego pod słońcem. Kiedy się przyjrzeć reakcjom europejskich rządów na kryzys, który w 2010 r. rozlał się z USA na Europę, to właściwie widzimy zapowiedzi wszystkich tendencji, które już w 2015 roku tak nas przerażały: wzrostu popularności skrajnej prawicy, paniki antyuchodźczej czy rządów Trumpa. Na „przekierowywaniu gniewu” zyskał wyborczo Berlusconi, na histerii rozkręcanej przeciw Romom we Francji punktował Sarkozy, doprowadzając zresztą do wyrzucenia z kraju paru setek ludzi będących obywatelami Unii. Angeli Merkel też zdarzyło się oznajmić, ze społeczeństwo wielokulturowe się skończyło.

Po zwycięstwie Syrizy w Grecji Europę ogarnęła fala hejtu wymierzona w Greków. Prasa prawicowa i liberalna ochoczo brały w tym udział, niemal kompletnie ignorując, że program wyborczy Syrizy zdobył poparcie tamtejszych obywateli, a przy tym po prostu proponował inny model reform i walki z kryzysem niż ten, który zamierzały wymusić na Atenach liderzy Unii i Komisja Europejska. Pomijając już rozdeptanie inicjatywy Syrizy i Warufakisa – Grecy słyszeli, że są leniwi, nie są prawdziwymi Europejczykami, nie pasują do Unii, kradną, przejadają itd.

To było kilka miesięcy przed kryzysem migracyjnym i kiedy ten eksplodował, to w obiegu pojawiły się bardzo podobne zarzuty kierowane wobec uchodźców: nie pasują, zagrażają naszej gospodarce, zdestabilizują nasze systemy socjalne etc. A więc: tego rodzaju kampanie nie pojawiają się ani znikąd, ani bez powodu – elity używają „wskazywania palcem” jako środka w repertuarze, często z tragicznymi konsekwencjami, jak w przypadku uchodźców tonących na Morzu Śródziemnym.

Byliśmy o włos od najgorszych zamieszek, najgorszej fali nienawiści i najbardziej ponurych zachowań w historii Europy od czasów wojny na Bałkanach. Wystarczyłoby, żeby koronawirusa przynieśli imigranci z Bliskiego Wschodu. Komentarz Piotra Kozaneckiego, szefa Wiadomości Onetu

Witajcie w cięższych czasach” to książka pisana z perspektywy lewicowej i zaliczy, jak każdy tego rodzaju głos w Polsce, zderzenie ze ścianą. Wie pan jaką?

Jasne. Kształt polskich przemian został zdominowany przez paradygmat neoliberalny. Lewica weszła w okres po PRL obciążona potężnym negatywnym bagażem, a potem sama w wielu krajach przeszła na pozycje neoliberalne. Po 30 latach skutek jest taki, że pewne pojęcia, jakimi lewica mówi o społeczeństwie, państwie czy gospodarce, w ogóle nie funkcjonują w sferze publicznej.

Dyskurs klasowy na przykład. Pan go rewaloryzuje – a przez wielu polityków i publicystów sama wzmianka o klasach społecznych nadal bywa traktowana jak zanieczyszczenie powietrza w towarzystwie.

A jednocześnie neoliberalny opis świata funkcjonuje na prawach języka naturalnego – mówimy nim bez tej świadomości nieraz całe życie, tak jak bohater Moliera, który długo nie wiedział, że mówi prozą.

Przesunięcie, jak by to ujął Gramsci, hegemonii kulturowej w Polsce na prawo jest faktem i jest problemem. Jednocześnie kilkanaście lat temu spektrum debaty publicznej nie było w takim miejscu – prawica zdołała je tam przesunąć, a więc nie mówimy o zadaniu niewykonalnym.

Ludzie lewicy nie mogą tu oczywiście liczyć na pomoc korporacji, największych mediów, możnych sponsorów czy Kościoła – jak mówił klasyk: „klimat był raczej zawsze przeciwko nam”. Ale jeśli mówi się lekceważąco o „lewicowej banieczce”, to trzeba też przyznać, że 15 lat temu nawet i takiej banieczki w Polsce nie było.

Jak więc ona chce dzisiaj ten dyskurs przesuwać?

Do debaty można z sukcesami wprowadzać nieobecną w niej wrażliwość i tematy, w czym sam mam skromny udział. O prekaryzacji i umowach śmieciowych nie dyskutuje się przecież w Polsce dlatego, że chcieli tego Tusk czy Kaczyński – zaczęli o tym mówić ludzie lewicy. M.in. dlatego uważam – choćby w kontekście klas – że nie można rezygnować z własnego języka i zawierać zbyt wielu kompromisów z neoliberalnym dyskursem. Trzeba nieustannie podejmować ryzyko mówienia własnym głosem.

Trudno przy tym nie dostrzec, że coraz mniej ludzi, choćby w porównaniu z końcem lat 90., podziela wiarę w obowiązujący model kapitalizmu – inna sprawa, że lewica na tym jeszcze nie wygrywa. To, co robimy, nie przyniesie skutków od razu. Nie mam złudzeń, hegemonia neoliberalno-konserwatywna jeszcze potrwa, to kwestia lat, a nie miesięcy.

Tworzenie własnych mediów – oby jednak nie partyjnych – wydaje mi się sensowną wizją. Druga sprawa to budowanie bazy intelektualnej: kluby, projekty, publicystyka, książki, organizacja wydarzeń. Nawet jeśli nie są to wielkie inicjatywy, to tworzą one pewien ferment, spajają środowisko i podtrzymują zaangażowanie. Prawica odrobiła tę lekcję, lewica też może.

Poza tym pewne poglądy zyskują na znaczeniu nie tylko z powodu wysiłku ludzi, którzy je głoszą. Historia dostarcza przykładów na to, że dyskurs publiczny i ramy naszej wyobraźni społecznej są ruchome, pojawiają się w nich momenty otwarcia. Często łączą się one z sytuacjami kryzysowymi – to wtedy upadają różne mity i ułudy uznawane wcześniej latami za prawdy objawione.

Jak na przykład hierarchia społecznej istotności zawodów – w dobie pandemii nie da się jej widzieć tak jak pół roku temu.

Bo praca pielęgniarki, lekarza, ekspedientki czy kuriera okazuje się istotniejsza niż szefa działu PR tej czy innej firmy.

W 1968 roku w Nowym Jorku zaczęli strajkować śmieciarze. W zaledwie kilka dni miasto ogarnął paraliż, a wszyscy zobaczyli, co się dzieje, gdy ci ludzie nie pracują. W efekcie śmieciarz z zawodu pogardzanego stał się szanowanym, do dziś towarzyszą tej pracy świetne pakiety socjalne, wiele osób bez żadnej przesady o niej marzy.

Dwa lata później w Irlandii zastrajkowali bankierzy. Trwało to ponad pół roku i nikt tego nie zauważył. Ciekawe, prawda?

Przemysław Wielgosz – dziennikarz i publicysta. Redaktor naczelny polskiego wydania miesięcznika „Le Monde diplomatique” oraz serii książkowych Biblioteka Le Monde diplomatique i Biblioteka alternatyw ekonomicznych. Autor i współautor szeregu książek, m.in. „Opium globalizacji”, „Koniec Europy jaką znamy”, „TTIP – pułapka transatlantycka”, „Afirmacja czy kontestacja? Dylemat społeczeństwa kapitalistycznego w kryzysie”. W czerwcu ukazuje się jego najnowsza książka: „Witajcie w cięższych czasach. Polski kapitalizm, globalny kryzys i wizje lepszego świata” (Wydawnictwo RM)

Zostaw komentarz