Trójka: PiS wychowało sobie partyzantów

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

© Fotorzepa/ Robert Gardziński

Historia – wielka satyryczka – produkuje bohaterów czasem wbrew ich woli. Wystarczy, że niemądra władza się o to postara i nie pozostawi wyboru.

Internetowa rozmowa Moniki Olejnik z Piotrem Metzem, szefem redakcji muzycznej Polskiego Radia, mówi więcej o tym, co wydarzyło się w Trójce, niż najwznioślejsze deklaracje niektórych odchodzących redaktorów. To rozmowa dobrych znajomych, w której Metz tłumaczy, że już nie wytrzymał. Pokazuje też SMS, który otrzymał od dyrektora Programu Trzeciego, w którym nakazuje on „zniknięcie” piosenki Kazika z anteny. „To sprawa dla mnie fundamentalna” – mówi Metz.

Bo są takie sytuacje w życiu porządnego człowieka, w których ktoś, kto chce zajmować się np. sztuką, muzyką czy teatrem, trafia do partyzanckiego oddziału. Jak Zbyszek Cybulski w filmie „Giuseppe w Warszawie”. Odejście z pracy nie wymaga aż takiej odwagi, jak pójście do partyzantki, ale to bardzo trudna decyzja. Bo oznacza rzucenie się główką w dół, w politykę. Nielubianą, lekceważoną, brudną. Tego nie da się załatwić cytatem z Rogera Watersa czy Boba Dylana.

O tym, że publiczne media są zależne od polityków, od samego początku, kiedy tylko powstały, wiedzą wszyscy. Kiedyś tłumaczono to nawet względami obronności. Sprawa była śmiertelnie poważna we wrześniu 1939 roku. No i jak inaczej przekazywać w czasach zimnej wojny informacje o imperialistycznym zagrożeniu i stonce, niż przez radio? W czasach dyktatury media państwowe nieodmiennie były narzędziem propagandy. W czasach III RP – obiektem szalonego apetytu politycznego wszystkich rządzących. Ale dało się żyć, szczególnie jeśli ktoś był dziennikarzem muzycznym albo filmowym. Co innego polityka… No, ale tym zajmujemy się przecież z własnego wyboru, prawda? Nieprawda. Odeszłam z Programu Pierwszego Polskiego Radia, kiedy moje nazwisko zaczęło znikać z grafiku. Radio zarządzane przez PiS chciało mnie wypluć – i wypluło, nie bez mojego żywego udziału. Mimo że zaczęłam pracę w nim w czasach pierwszych rządów PiS.

Ale ja robiłam rozmowy polityczne, nie zajmowałam się muzyką. Dlaczego teraz reakcja środowiska jest tak silna? Czy wcześniej wydawcy audycji nie odbierali telefonów z gabinetu prezesa z żądaniami, by zdejmować z anteny np. konwencję wyborczą Koalicji Obywatelskiej? Odbierali. Czy istniała czarna lista osób, których nie wolno zapraszać? Istniała. Czy przestrzegane były zasady równego dostępu sił politycznych do mediów publicznych? Nie. Gdzie znalazły się słynne tabelki czasu antenowego dla partii politycznych? W koszu.

Ale to polityka – dla niektórych brudna z definicji. Do tej pory granica, która z dziennikarza muzycznego robi partyzanta, nie została przekroczona. Aż do teraz.

Bo niestety prawda jest taka, że jak polityka zamienia się w obóz karny, to niedługo potem zmieniają się dyrektorzy muzeów i z list przebojów wykreślane są piosenki, w myśl zasady „jak nie zajmujesz się polityką, to ona zajmie się tobą”. Nie można tolerować politycznego sterowania w mediach publicznych w żadnym stopniu, bo potem są z tego same kłopoty.

Niezależnie od tego, która ekipa polityczna jest za to odpowiedzialna.

[Uwaga od redakcji: Opinie w tym artykule są opiniami autora, opublikowanymi przez naszego partnera, i nie reprezentują poglądów Microsoft News ani Microsoft]

Zostaw komentarz