Trener Barcelony broni się przed upadkiem. A Flick zaliczył miękkie lądowanie w Bayernie

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Tylko trzem trenerom w historii udało się wygrać Ligi Mistrzów zaraz po przyjściu do klubu. Ostatnim był Zinedine Zidane, który w styczniu 2016 roku zastąpił w Realu Madryt Rafaela Beniteza, a już w maju cieszył się ze zwycięstwa w mediolańskim finale. Nie minęło nawet pięć miesięcy. Wcześniej podobna sztuka udała się Roberto Di Matteo, który w Chelsea zmieniał Andre Vilasa-Boasa i Vicente Del Bosque w sezonie 1999-2000, gdy na ławce Realu zastąpił Johna Toshacka. Hansi Flick lub Quique Setien mogą dołączyć do tego grona. W piątek Bayern Monachium zagra z FC Barceloną. Po tym meczu jeden z nich będzie już w półfinale – dwa kroki od największego sukcesu w karierze.

Zobacz wideo “Lekkim faworytem jest Bayern, ale Barcelona ma coś do udowodnienia”

Trenerzy z drugiego szeregu 

Początek mieli stosunkowo podobny: Flick przejął Bayern w listopadzie, gdy po porażce 1:5 z Eintrachtem Frankfurt z klubu został pogoniony Niko Kovac. Nie była to wielka sensacja – asystent przejął zespół po swoim szefie, by w tym czasie władze mogły spokojnie poszukać kogoś na stałe. Ruszyła karuzela z największymi nazwiskami. Wokół Bayernu kręcili się Mauricio Pochettino, Erik ten Hag i Arsene Wenger. Gazety podsuwały kolejnych kandydatów, Bayern wciąż wygrywał, a piłkarze sugerowali, że z Flickiem im dobrze i nie ma sensu kombinować. Flick szybko zapracował na stałą umowę. Błyskawicznie z trenera na chwilę stał się trenerem na lata.

W styczniu Barcelona też szukała wśród większych nazwisk, gdy doszła do wniosku, że Ernesto Valverde się pogubił i donikąd jej nie zaprowadzi. Quique Setien nie był ani drugim, ani trzecim wyborem. Ale ci lepsi odmawiali, a on był o tyle atrakcyjny, że w teorii dawał to, za czym Barcelona najbardziej tęskniła. Chciała znów być piękna. A on sam wzdychał do jej najlepszych wersji za Johanna Cruyffa czy Pepa Guardioli. Poprzednie drużyny – Las Palmas i Betis budował na jej modłę. Z niezłym skutkiem. A skoro umiał produkować atrakcyjne podróbki, to czemu szefowie Barcelony nie mieli mu dać popracować na oryginale? Lepszego wyjścia i tak nie mieli.

Więcej różnic niż podobieństw

Flicka nikomu w Bayernie nie musiał się przestawiać, wszyscy doskonale go znali – od kilku miesięcy był asystentem Kovaca, a jeszcze wcześniej z kilkoma piłkarzami Bayernu spotykał się na zgrupowaniach reprezentacji Niemiec, gdzie pomagał Joachimowi Loewowi. Razem sięgali po mistrzostwo świata w 2014 roku. Pozostali zawodnicy też szybko go polubili – chociażby Robertowi Lewandowskiemu pomagał budować formę na dodatkowych treningach. Flick do wielkiego klubu skakał więc ze spadochronem. Wiedział, kiedy go otworzyć i jak przygotować się do lądowania, by było miękkie. Wylądował lepiej niż wszyscy się spodziewali. Odwrotnie niż Quique Setien.

Kantabryjczyk wcześniej nie miał z Barceloną nic wspólnego. Przejął ją, gdy była liderem La Liga, pewna awansu do fazy pucharowej Ligi Mistrzów i ciągle grała w Pucharze Króla. Miał poprawić styl, a wyniki miały po prostu iść z tym w parze. Ale nic nie poszło, jak chciał: puchar za mistrzostwo stoi w Madrycie, w Pucharze Króla przegrał z Athletikiem Bilabo i teraz Ligą Mistrzów walczy o pozostanie na stanowisku. W atmosferze wiecznej niepewności co do gry drużyny i przy szeptach za plecami, że prezes Jose Maria Bartomeu już rozgląda się za jego następcą. Nie porwał wielkich gwiazd, wręcz przeciwnie. Relacje poukładał tak, że zawodnicy otwarcie krytykowali go w mediach. Messi stwierdził nawet, że od stycznia, czyli momentu, w którym przedstawił się w szatni, wszystko poszło nie tak. Luis Suarez, zapytany o niepowodzenia w lidze powiedział, że od tego są trenerzy, by przeanalizowali sytuację i naprawili błędy. A że analizują słabo, to zespół wciąż w nich tkwi. Skoro o Realu Madryt można powiedzieć, że zdobył mistrzostwo przede wszystkim spokojem, to Barcelona przegrała je przez wielopłaszczyznową nerwowość i chaos.

Jakże inaczej zaczynał Flick – z czwartego miejsca w Bundeslidze szybko awansował na pierwsze. Wygrał Puchar Niemiec, a przy tym wszystkim – dał się polubić. Piłkarzom, dziennikarzom, wszystkim dookoła. Nie narzekał – jak Setien – na terminarz, na wprowadzenie po pandemii dwóch dodatkowych zmian czy podejście rywali do meczu. Nie wahał się ani przez chwilę co do ustawienia, podczas gdy Setien miota się między 4-3-3, 3-5-2 i 4-3-1-2 do tej pory. Flick wszedł do szatni z gotowym pomysłem na odbudowanie Thomasa Muellera, a Setien nadal, mimo wielu prób, nie odbudował Antoine’a Griezmanna. Francuz był już u niego skrzydłowym, środkowym napastnikiem i Messim drugiej strony boiska. Wszędzie zawodził.

Asystenci

Flick od początku był też bardziej swój. Choćby dlatego, że przez pięć sezonów grał w Bayernie, dzielił szatnię z Matthausem, Brehme, Augenthalerem, Kohlerem czy Reuterem i cztery razy cieszył się z mistrzostwa. Setien do Barcelony wzdychał z daleka. Nigdy w niej nie zagrał, choć zawsze o tym marzył. Ale to ciągle mniej ważne niż chociażby dobór asystentów. Flick wziął do sztabu Hermanna Gerlanda – pomnik przy Sabener Strasse, od prawie trzydziestu lat wciąż przewijający się przez Bayern. Stary znajomy wszystkich piłkarzy. Asystent ośmiu trenerów Bayernu, wychowawca Davida Alaby i Matsa Hummelsa. Człowiek, któremu wiele zawdzięcza Thomas Mueller i któremu Bayern dziękuje za Philippa Lahma i Bastiana Schweinsteigera.

A Setien? Przyszedł z Ederem Sarabią, swoją prawą ręką, i już na początku współpracy musiał przepraszać na konferencji za jego niewybredne komentarze pod adresem piłkarzy, które podejrzała jedna z telewizji. Wielkie gwiazdy go nie polubiły. W ich opinii był zbyt wyrazisty. On mówił co prawda w wywiadach, że lubić go nie muszą, ważne, żeby szanowali. Ale z tym też nie wyszło. Ignorował go Messi, winą za niepowodzenia obarczył Suarez. Ale mimo tych wszystkich niepowodzeń, Setien miał mecze, jak chociażby wygrana 4:1 z Villarrealem, podczas których jego zespół potrafił zagrać efektownie i skutecznie. Przebrnął też przez dwumecz z Napoli, choć Barca pięknie grała może przez pół godziny. Jest w ćwierćfinale Ligi Mistrzów w roli, do której przywykł Zinedine Zidane – w najtrudniejszych rozgrywkach na świecie musi uratować sezon. Tylko z tym “pięknym pucharem” – jak mówił Leo Messi – będzie nie do zwolnienia.

Zostaw komentarz