Skiba: Współpraca z NZS-em to była dla mnie oczywistość

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

– Ta iskierka wolności, którą mam w swoim DNA, to także “darowizna” NZS-u – mówi Krzysztof Skiba, muzyk, autor tekstów, satyryk i publicysta.

© Fot. Tomasz Wincenciak

Proszę opowiedzieć krótką anegdotkę związaną z działalnością w NZS.

Było to w 1987 roku. Osiedle Studenckie w Łodzi zwane potocznie Lumumbowem. Grupa studentów prawa Uniwersytetu Łódzkiego, z którymi miałem dobry kontakt zainicjowała reaktywację NZS-u.  Przed akademikiem Pretor w którym działało studenckie Radio Kiks, drukowano bibułę oraz było sporo skrzynek kontaktowych kolportażu podziemnej prasy, stał fiat na cywilnych numerach z tajniakami z SB. Był to teren ich stałej obserwacji. Ja mieszkałem w akademiku Balbina, który mieścił się obok. Tu z kolei mieścił się klub w którym spotykali się aktywiści nielegalnej, ulicznej grupy happeningowej Galeria Działań Maniakalnych. Esbecy często zwijali mnie i moich kumpli na przesłuchania węsząc po tej właśnie okolicy.

Pewnego dnia postanowiliśmy zrobić obserwującym nas esbekom kawał. Na Osiedlu Studenckim było sporo dziewczyn. Zdarzało się, że lokalni bezwstydnicy z okolicznych Bałut, zwykle niegroźni ekshibicjoniści, polowali między krzakami wokół akademika na swe ofiary. Koledzy z NZS-u zadzwonili na pobliski komisariat Milicji Obywatelskiej i udając zatroskanych pracowników Uniwersytetu, poinformowali, że przed akademikiem Pretor stoi biały fiat 125 p, w którym siedzi dwóch dewiantów, którzy zaglądają do okien akademika polując na dziewczyny. Nie minęło 20 minut jak z piskiem opon przyjechał milicyjny radiowóz. Wyskoczyli z niego umundurowani milicjanci, którzy wyciągnęli z fiata ubranych po cywilnemu funkcjonariuszy SB. Po krótkiej szarpaninie, wymianie zdań i machaniu legitymacjami, mundurowi zorientowali się, że to nie “dewianci”, a ich koledzy z SB. Zasalutowali, przeprosili i odjechali. W akademiku otworzyło się kilka okien, z których rozległy się teatralne gwizdy i oklaski. Tajniacy byli spaleni i co tu dużo mówić… ośmieszeni. Zmyli się ze swojego punktu obserwacyjnego z podkulonymi ogonami.

Co pan czuje patrząc na dalsze działania organizacji, do której pan należał?

Cieszy mnie, że NZS działa nadal i że realizują się w nim kolejne pokolenia. Myślę, że dziś NZS obok obrony socjalnej studentów i załatwiania czysto bytowych spraw społeczności, powinien bronić na uczelni podstawowych zdobyczy demokracji takich jak wolność słowa, wolność debaty akademickiej, wolność badań naukowych.

Co dał panu NZS?

Przyjaźnie na całe życie. Pewnie to banał, ale to bardzo ważne, żeby mieć w życiu przyjaciół, podobno dzięki temu żyje się dłużej.  Ja działałem we wszelkiej maści antykomunistycznych grupach opozycyjnych. Byłem aktywny w Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego (RSA), w Ruchu Wolność i Pokój (Ruch WiP zainicjowany był przez działaczy NZS) i w happeningowej Pomarańczowej Alternatywie. Wszystkie te opozycyjne grupy i grupki były w latach 80. dobrą szkoła życia, samoorganizacji, przełamywania strachu. Wszystkie opowiadały się za wolnością jednostki i za niszczeniem zdegenerowanego systemu. Walka z systemem to był nie tylko patriotyzm. To była także młodzieńcza przygoda. Ja mam spory gen wolności w sobie i nie potrafię żyć w opresyjnym systemie. To mi zostało do dziś. Ta iskierka wolności, którą mam w swoim DNA, to także “darowizna” NZS-u.   

Dlaczego zdecydował się pan dołączyć do NZS-u?

NZS końca lat 80. z którym  miałem bardzo silne związki w Łodzi, obudził społeczność akademicką do walki o swoje prawa. Na pewno nie udałoby mi się tak mocno rozwinąć ulicznej działalności happeningowej, gdyby nie pomoc NZS-u, który aktywnie wsparł prowadzone przeze mnie rewolucyjne combo Galerii Działań Maniakalnych. NZS drukował nasze ulotki na happeningi, oświadczenia i plakaty. Dzięki NZS-owi na zainicjowane przeze mnie happeningi zaczęły przychodzić tysiące młodych ludzi.  Współpraca z NZS-em, to była dla mnie oczywistość.

Jak wglądał pana “typowy dzień” związany z działalnością z NZS-ie?

Każde przygotowanie akcji protestacyjnej, happeningu, wiecu czy podziemnej prasy to mrówcza praca organizacyjna. Trzeba było się trochę nabiegać aby zrobić najmniejszą nawet akcję, a przede wszystkim aby pobudzić studentów do działania. Co było niezwykle trudne, bo w każdej społeczności dominują postawy rezygnacji, strachu, tumiwisizmu czy po prostu postawy konsumpcyjne. Na pierwszy mój happening przyszły trzy odważne osoby. Było wiadomo, że zostaniemy aresztowani i spędzimy kilka dni w areszcie. Ale w drugim happeningu brało już udział kilkadziesiąt osób. W kolejnym kilkaset, a skończyło się na akcjach z udziałem 3-4 tysięcy osób. Trzeba więc działać i nie przejmować się niepowodzeniami. Ale nie tylko “działanie” wypełniało nasze życie. Byliśmy młodzi więc interesowała nas też zabawa, dobre książki, filmy i koncerty. Ostrych balang też nie brakowało.  

Zostaw komentarz