Prof. Mikołejko: Latam po Polsce, bo polskość jest fascynująca, piękna i straszna

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Jeżdżę po Polsce także dla siebie samego, żeby się odnaleźć w polskości. Żeby jej doświadczyć i przeżyć ją jak najgłębiej, także w wymiarze metafizycznym, związanym z kwestią dobra i zła. Pracy i niszczenia. Trwania i przemijania – mówi filozof prof. Zbigniew Mikołejko

Pan, profesorze, ma chyba naturę podróżnika, prawda?

Stacjonarnego podróżnika, powiedziałbym przewrotnie. A mówiąc już poważniej – wędrowca raczej, bardziej mi pasuje takie określenie, nawiązujące do starego romantycznego stylu. To jest bowiem wędrowanie dość szczególne, nie dla impresji, odmienne od tego, o którym pisał Zygmunt Bauman: że kondycja człowieka Zachodu jest dziś „kondycją turysty”, który poprzestaje na kolekcjonowaniu przelotnych wrażeń. Ja, jadąc w przestrzeń, jadę więc bardziej w głąb niż wszerz. A poza tym moje podróżowanie ogranicza się przede wszystkim do Polski.

Z tego, co wiem, podróżuje pan głównie pociągami?
Rozmaicie. Zależy, czy jadę z wykładem, czy mam jakieś spotkanie, czy w innych celach. Zdarza mi się zatem jeździć i samochodem, i autobusem, i pociągiem. A jak byłem młody, to zjeździłem szmat Warmii – i trochę Mazur – rowerem. Natomiast organizuję co roku dwie duże wyprawy (w tym roku być może uda się zrobić jedną, jesienną). Zaczęło się od tego, co zyskało miano zielonej szkoły i stało się niemal, bez przymrużenia oka, instytucją kultury. Powiedziałem oto przed laty doktorantom, studentom, przyjaciołom młodym: „W Himalaje czy do Portugalii to możecie sobie pojechać sami. Ja zabiorę was natomiast do Polski”. I zacząłem im tę Polskę pokazywać. Szesnaście było takich już wypraw, zawsze w czerwcu. W tym roku wyprawy nie będzie ze względów oczywistych… Podpatrzyła tę tradycję bardzo ciekawa instytucja samokształceniowa, Akademia 30+ z Trójmiasta, a właściwie wyczytała o niej w książce naszych z panią, Pani Doroto, dialogów – „Jak błądzić skutecznie?”. Jej lider, pan Paweł Mazur, zapytał: „Dlaczego pan tylko z doktorantami jeździ? My też tak chcemy!”. I tak czterdziestoparoosobowym autobusem od kilku już lat, we wrześniu, ruszamy w Polskę. To są zresztą wyprawy dłuższe i bardziej rozległe niż te z zielonej szkoły, choć też z założeniem paidei, takiej duchowej czy kulturowej inicjacji w polskość: bo ja nie tylko coś tam pokazuję, ale i gadam, mam „po drodze” takie mini-wykłady.

I co pana pcha w tę Polską?

Różne rzeczy. Po pierwsze – w najogólniejszym planie, tym „ideowym” – istotą jest sprzeciw wobec rozdarcia między dwiema narzucanymi nam wizjami polskości, z których każda jakoś mi się nie do końca podoba, najoględniej mówiąc. Jedna to wizja mitologicznego, narodowego pokrzykiwania, że my stąd, z tej ziemi, że ważna jest tradycja, przelana krew, Grunwald, husarskie skrzydła na kresowych rubieżach, bezprzykładne nasze cierpienia. To królestwo mitów, któremu tak naprawdę brak świadomości historycznej na elementarnym nawet poziomie. Ot, najnowszy przykład: w telewizji państwowej, tak pełnej teraz narodowej tromtadracji, na pytanie o polskie miasto, w którym znajduje się zamek krzyżacki, wymieniono – to zupełne horrendum! – Książ, Krzyżtopór i Gniezno, nikt nie wspomniał Malborka, nie mówiąc już o Kwidzynie czy Nidzicy. Druga z wizji jest tanią wizją uniwersalistyczną, pełną gadek o Europie, europejskich wartościach – z dodaniem sojowej latte, jazdy na rowerach i, co gorsza, kulturowego permisywizmu, tak boleśnie odciskającego się zwłaszcza w sprawach edukacji i wychowania. Widzimy przy tym, jak się te wizje ścierają w naszej wojnie plemiennej. Natomiast moja wizja jest wizją poza tym podziałem (cieszę się, mówiąc nawiasem, że odkrywam jej pierwiastki w wystąpieniach pana Rafała Trzaskowskiego). Tak, owszem, narodowa tożsamość, narodowa tradycja, narodowa kultura jest ważna jako część uniwersalnej tradycji Europy. Ale ona jest ważna w jej nieskłamaniu, w jej prawdziwości maksymalnej, w jej doświadczeniu, często intymnym, trudnym i bolesnym, w jej – by tak rzec – bezpośredniości czy fizyczności, niepoddanej ideologicznym czy też mitycznym filtrom. Chodzi więc o porządne rozpoznanie jej warstw, jej dramatów, jej rozmaitych prawd, także jej zakłamań, iluzji i sprzeczności, w niełatwym przy tym i niejednoznacznym europejskim kontekście. Wtedy ukazuje się, i to mnie najbardziej fascynuje, niesamowita różnorodność i bogactwo Polski, która została posklejana z różnych kawałków, którą potrzaskały różne kataklizmy – i te wielkie historyczne, i te zawinione przez naszą codzienną bylejakość czy nieodpowiedzialność. Fascynuje mnie też odradzanie się różnych lokalności, kiedy zaczyna się przywracać wartość tym potrzaskanym obiektom kultury. Specjalnie nie mówię „polskiej”, bo to przecież z tym bywa różnie, chociażby z racji naszego przesunięcia ze wschodu na zachód, prawda?

Wiem, że jednym z pana ulubionych miejsc w Polsce jest Warmia.
To jest mało powiedziane! Ja jestem z Warmii – i zawsze z niej będę! Urodziłem się w stolicy tego ongiś małego państewka lawirującego wpierw między Krzyżakami a Polską, potem przyłączonego do Korony, ale z poczuciem autonomii i różnymi jej wyznacznikami, potem zagarniętego w I rozbiorze przez Prusy, odzyskanego wreszcie i – niestety – wtopionego w taką fałszywą rzeczywistość znaną pod nazwą „Warmia i Mazury” (ot, sklejono ileś krain o odrębnych dziejach i tożsamości w taki byt, któremu patronują Pan Samochodzik, „Szaleństwo Majki Skowron”, jeziora i żaglówki). A ta moja Warmia to miejsce, które mnie nasyciło rozmaitymi marzeniami, pragnieniami, ideami, z którymi poszedłem w życie.

Które miejsca na Warmii są panu szczególnie bliskie?

Przede wszystkim miasto, w którym się urodziłem, dawna właśnie stolica Warmii, czyli Lidzbark, zwany także za I Rzeczypospolitej, nikomu to nie przeszkadzało, Heilsbergiem – bardzo ważne miejsce polskiej, niemieckiej, europejskiej kultury. Jest tam najwspanialszy zamek na północy Polski, bo Malbork to w znacznej mierze kilkukrotna rekonstrukcja. A w Lidzbarku mamy wielką średniowieczną rezydencję książąt biskupów – z cudownymi gotyckimi krużgankami i freskami (no i, dzisiaj, ze wspaniałym hotelem na Podzamczu). To tu Mikołaj Kopernik w tzw. Małym Komentarzyku sformułował po raz pierwszy, jako młody człowiek, teorię heliocentryczną, nawet ją wyrysował cyrklem, co odkryto niedawno, na freskach XIV-wiecznych. To tu powstała jedna z najważniejszych polskich XVIII-wiecznych książek – Stanisława Staszica, „Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego”. No i ten Krasicki, prawda, który do 1785 roku tu rezydował i tworzył.

A oprócz Lidzbarka?
Jest Święta Lipka, która jest cacuszkiem polskiego baroku – najpiękniejszym z warmińskich kościołów krużgankowych (są ich trzy bodaj, pierwszy – w Stoczku pod Lidzbarkiem, gdzie był więziony kardynał Stefan Wyszyński, potem – ten w Świętej Lipce z iluzjonistycznymi freskami Macieja Meyera z Lidzbarka, chmarą rzeźb i organami o ruchomych figurach, no i wreszcie ten w Krośnie – długo zaniedbany, najpóźniejszy – w którego krużgankach była kręcona „Ida”). Ale innych rzeczy fascynujących jest mnóstwo na Warmii. Jest Reszel, piękne miasteczko, względnie niezniszczone, rezydencja letnia biskupów, którzy tam na wakacje z Lidzbarka przyjeżdżali. Jest wspaniała gotycka bazylika w Dobrym Mieście, jest niezniszczone znowu miasteczko w powiecie lidzbarskim – Orneta z jej gotyckim ratuszem, jest wreszcie katedra i zarazem twierdza fromborska, jest Bisztynek z „Diabelskim Kamieniem”, czyli ogromnym głazem narzutowym stanowiącym ongiś miejsce kultowe pomordowanych Prusów… To takie miejsca, które nawet średnio rozeznanemu Polakowi coś powinny powiedzieć (przynajmniej Lidzbark, Frombork i ta Święta Lipka). A i ten pejzaż tamtejszy, zupełnie niebywały! Pagórki, lasy, kręte i malownicze drogi, trochę jezior. Mazury – zarówno Kraina Wielkich Jezior, jak i Mazury Garbate – to zupełnie inna przestrzeń, bardziej jakby surowa. Na Warmii z jej wielką przeszłością i magicznym pejzażem narodziłem się także duchowo – do wędrówki ku polskości. I zaczynałem jak wszyscy: od mitów, legend, opowieści – od „polskich dziejów malowanych”, skrojonych na XIX-wieczną modłę przez Sienkiewicza, Kraszewskiego, Przyborowskiego czy Gąsiorowskiego.

Wiem, że lubi pan też woj. świętokrzyskie, często niedoceniane!

Nie mylmy – żadne tam woj. świętokrzyskie! Świętokrzyskie to jedno, a ukochana moja Sandomierszczyzna to drugie. Tak, w naszych głowach zaczynają królować te sztuczne porządki, których nigdy nie było. Warmia i Mazury to rzecz powołana po 1945 roku z kilku różnych obszarów: z katolickiej, niemieckojęzycznej i przynależnej do Polski Warmii, z protestanckich Mazur, które w południowej zwłaszcza części były polskojęzyczne, choć nigdy do Polski nie należały, z ziemi lubawskiej i Powiśla, które przeszły z rąk krzyżackich w ręce Polski w 1466 roku. Czym innym jest zatem obszar Gór Świętokrzyskich, a czym innym Sandomierszczyzna czy Radomskie (chociaż, oczywiście, jakaś jedność na tym obszarze istnieje). Ja jestem przede wszystkim piewcą Sandomierszczyzny, samego najpierw Sandomierza, który jest dla mnie miastem mitycznym i błogosławionym – takim, które daje mi zawsze, mówiąc nieładnie, duchowego „kopa”. Nazywa się go przesadnie polskim Rzymem, nie jest aż tak wielki, ale jest tak piękny, tak wspaniale posadzony na tych pagórkach – Stare Miasto z jego ratuszem, imponującym Collegium Gostomianum, katedra i zamek, kościół św. Jakuba, wąwóz Królowej Jadwigi. No i te dziwne Góry Pieprzowe naprzeciwko. Kiedyś, wiele lat temu, jechałem z Sandomierza – to był 3 maja, jabłonie buzowały na wzgórzach, okrywały je kwieciem jak śniegiem – do Opatowa (Iwaszkiewicz pisał, że to „najpiękniejsza droga w całej Polsce”, ona już teraz taka w większości nie jest). W Opatowie, znowu Iwaszkiewicz o tym pisał, jest „królowa polskich kościołów” – kolegiata, a w niej arcydzieło manieryzmu – Lamentacje, czyli rzeźba nagrobna kanclerza Krzysztofa Szydłowieckiego. A niedaleko jest Krzyżtopór – ażurowe ruiny zamku w kształcie orła zniszczonego przez Szwedów. Miał on tyle wież, ile pór roku, miał tyle sal, ile miesięcy, tyle korytarzy, ile tygodni, tyle okien, ile dni w roku. Stajnie były tu wykładane lustrami. To wszystko diabli, czyli Szwedzi, wzięli. I to jest doświadczenie bardzo ważne – potop był największą katastrofą. Wszędzie są ślady szwedzkich grabieży i dewastacji. Inne takie ażurowe ruiny zamku są w Krupem, między Krasnymstawem a Rejowcem. To był zresztą najpierw zamek tego strasznego awanturnika, Samuela Zborowskiego, ściętego słusznie przez Batorego i Zamoyskiego, a opiewanego dzisiaj przez nadwornego poetę Kaczyńskich – Jarosława Marka Rymkiewicza. W Krupem jest też XVIII-wieczny dwór Rejów, tych od imć pana Mikołaja. A pod Krupem, we wsi Krynica, pośród lasu na wzgórzu, jest najwspanialsza piramida w Polsce.

Piramida?

Tak. Wielu słyszało o piramidzie w Rapie, na Mazurach, o grobowcu von Fahrenheidów, wielkich junkrów pruskich, postawionym w końcu XVIII albo na początku XIX w. (bo są różne przekazy) i uchodzącym za „miejsce mocy”, wiele osób tam pielgrzymuje. Ale ta piramida pod Krupem to grobowiec wyższy i starszy, z początków XVII w. Zbudował go dla siebie i brata Paweł Orzechowski, wielki magnat i wpływowy polityk, ale arianin – nie mógł więc zostać pochowany jak „porządny katolik”. Grobowiec był dewastowany, oczywiście, w poszukiwaniu skarbów, to samo zresztą spotkało piramidę w Rapie.

Jakie pan jeszcze lubi miejsca w Polsce? Do jakich wraca z sentymentem?

Lubię jeździć wszędzie. Czasami miałem pewne opory, choćby z podróżami na „czarny Śląsk”, ale dostrzegłem tę jego nienachalną, jak mówiła świętej pamięci Maria Czubaszek, urodę.

Co pan lubi na Śląsku, bardzo jestem ciekawa?

Różne rzeczy. Zacząłem lubić sam Śląsk – jako miejsce wielkiej pracy i jako miejsce wielkiego cierpienia. Miejsce kolonizowane najpierw przez Niemców, a później przez Polskę. Lubię patrzeć na tym „czarnym Śląsku” na to, co zostało z XIX-wiecznego dziedzictwa przemysłowego. Wszyscy dziś zresztą mówią o Nikiszowcu… Myślę o fabrykach, o robotniczych, przykopalnianych osiedlach ze specyficzną ich kulturą. Ale też na śląski fin de siècle, na te kamienice w Gliwicach czy Katowicach, miło się patrzy. I na Bytom, ów stary Bytom, który się sypie. Tam są wyrobiska przecież, które się zapadają. Opuszczenie tych miejsc robi smutne, ale też niepowtarzalne wrażenie, robi coś z moim duchem. To Śląsk Górny, ale mamy też Śląsk Dolny. I Wrocław, obok Gdańska, jest najbardziej przeze mnie ukochanym z dużych miast – za tę jego feeryczną żywotność i urodę architektury.

Lubi pan Gdańsk?

Lubię bardzo. Na Dolnym Śląsku natomiast jest najpiękniejszy, moim zdaniem, kościół w Polsce. No, może obok drewnianego, piętnastowiecznego kościoła w Binarowej z malowanymi wnętrzami i zabawnym konfesjonałem rodzinnym.

Który?

Kościół Pokoju w Świdnicy, należący do tzw. kościołów łaski. To jest otoczony zielenią kościół – a właściwie cały kompleks – protestancki, ze szkołą, dzwonnicą, cmentarzem. To kościół zbudowany po wojnie trzydziestoletniej. Protestantom udało się wtedy zdobyć prawo do zbudowania takich trzech świątyń. A później, już w XVIII w., powstało kilka podobnych, np. w Miliczu (dziś katolicki). Ale ten w Świdnicy jest zupełnie niebywały! Otóż kościół trzeba było wybudować bez gwoździ, z drewna i w określonym czasie. Z zewnątrz to cudowna czarno-biała budowla, a wnętrze tej największej barokowej drewnianej świątyni w Europie to prawdziwy i wzniosły spektakl sztuki i wiary, który oddaje też hierarchię społeczną, bo tam każdy miał swoje miejsce, swoją ławkę – wedle godności i zamożności. Różne rzeczy są zresztą na Śląsku. Bo to jest tak: doświadczam, jeżdżąc po Polsce, też ruin zostawionych przez historię, Tak więc niedaleko Milicza, w Żmigrodzie, są ruiny wspaniałego niegdyś pałacu Hatzfeldów. Niestety, spalonego, bo w 1945 r. odwiedziła to miejsce Armia Czerwona. Ale dzisiaj ktoś wpadł na szczęście na pomysł założenia tam, na ruinie, pięknego, niemal baśniowego ogrodu.

Świetny pomysł!

Tak. To trochę pomysł na wzór Giardino di Nimfa – „Ogrodu Nimfy” – na południe od Rzymu. Było to ongiś średniowieczne miasteczko, które zburzyli ludzie z innego średniowiecznego miasteczka… Aż pewien Włocho-Anglik czy też Angliko-Włoch na przełomie XVIII i XIX w. urządził tam ogrody. No i w ruinach kościołów, zamku, we wnętrzach domów, pośród zetlałych fresków kipią teraz tysiące róż, pod mostkami płyną urocze strumienie. No i ten Żmigród jest podobnym miejscem. Nie jeżdżę jednak z innymi po to tylko, aby im pokazywać wspaniałości, lecz również po to, żeby im pokazywać miejsca upadłe, zaprzepaszczone możliwości polskiej kultury. Wielce pouczające były tu wizyty w Rakowie. Na przełomie XVI i XVII w. było to centrum europejskiej kultury, z którego mógł wyrosnąć Oksford. Ale nie wyrósł.

Dlaczego?
Bo po prowokacji zlikwidowano w 1638 r. to, co było w Rakowie – akademię, drukarnię i zbór, rozpędzono miejscową wspólnotę braci polskich, zwanych arianami. A szły stamtąd książki – w beczkach, jak wtedy praktykowano – na całą Europę. Książki, którymi inspirował się później John Locke, ojciec liberalizmu. Na fundamentach zaś zburzonego zboru ariańskiego – kazania wygłaszały w nim też kobiety (proszę sobie wyobrazić, jaki to musiał być szok w tamtym czasie) – postawiono kościół katolicki. A potem, po potopie, arian wygnano z całej Polski i zagrabiono – osławionym „prawem kaduka” – ich majątki (chyba że zmienili wiarę jak poeta Wacław Potocki). Zacierano też po nich wszelkie ślady, nawet ślad śladu. No i przepadła pamięć. Tak właśnie stało się w Rakowie. Ocalały tam tylko resztki – tzw. dom wójta i dom ministra, czyli duchownego. I mamy smętne miejsce – ni to wieś, ni to miasteczko bez klimatu i wdzięku.

Szkoda takich miejsc, profesorze, prawda?

Szkoda. To zresztą teraz pisowskie terytorium plemienne – paradoksalnie, bo to przecież jedno z tych miejsc, w których kiełkował europejski liberalizm. Dzisiaj atmosfera jest tam taka, że jak jedna pani z Akademii 30+ poprosiła w kiosku o „Wyborczą”, to kioskarka wydobyła tę gazetę spod lady i stwierdziła: „Pani to chyba nietutejsza”. A tam powinni pielgrzymować polscy liberałowie, to miejsce powinno być też w polskiej pamięci powszechnej, bardziej niż Grunwald i cud nad Wisłą. Istniała tam ważna instytucja wydawnicza, bo tak trzeba nazywać drukarnie ówczesne, odbywały się istotne debaty intelektualne, w akademii kształciła się młodzież różnych wyznań, także katolicka. Kto o tym pamięta? Kto chce pamiętać? To dotyczy także innych tradycji – żydowskich, niemieckich, ruskich, czeskich itd. I owszem, są miejsca, gdzie się z trudem przywraca pamięć, ale one są często wstrząsające. W Lelowie za komuny na cmentarzu żydowskim urządzono garaże i parking dla samochodów PSS, jakieś pawilony. Jednak znalazło się kilku entuzjastów, którzy pamięć po trosze przywrócili, odtworzono tam – to przejmujące – ofel, grób słynnego cadyka Dawida Bidermana, w budynku pawilonu handlowego, wśród tych ohydnych garaży. Albo weźmy taki Szczebrzeszyn: tam na odnowionym niedawno kirkucie rośnie teraz zielsko „na wysokość chłopa”. Na ogół jest jednak tak – widzi się trochę miejsc „na pokaz”, jak synagogi w Tykocinie albo w Zamościu, i zdewastowane cmentarze (łemkowskie, niemieckie, żydowskie), zniszczone i wciąż niszczejące świątynie, niechętne albo żadne wspomnienia. Ot, w Krajence nad Głomią z trudem, pośród strasznego zielska, znalazłem trochę kamieni nagrobnych z cmentarza protestanckiego, śladów po kirkucie – żadnych. „Och, proszę pana, zadeptali wszystko, zniszczyli, barbaria, proszę pana, barbaria” – powiedział mi ze smutkiem miejscowy ksiądz. Często zresztą zostają wydane na pastwę losu zarówno rzeczy „swoje”, jak i te „obce”. W takim Książu Wielkim niszczeje zatem i synagoga, i cenny, czternastowieczny kościół św. Ducha.

I takie miejsca też pana przyciągają?

Takie miejsca, które są w ruinie, też mnie interesują, te dramaty zniszczenia i niepamięci. Dlatego tak sobie latam po Polsce, bo polskość jest fascynująca i dramatyczna, piękna i straszna. Często bowiem piękna swoimi ranami, ale i wspaniałością. Spektaklem. Proszę sobie wyobrazić barokową fasadę kościoła cystersów w Lubiążu, to najdłuższa barokowa fasada w Europie. Ona ma – bagatela! – ćwierć kilometra długości. Wiele zresztą mamy takich miejsc, w których okazałe kościoły albo pyszne pałace górują nad zapyziałymi, biednymi domkami. I jeszcze jedną rzecz chciałem powiedzieć…

Tak?

W Polsce odzywają się takie bóle fantomowe po utraconych Kresach na wschodzie. Ubolewamy z powodu niszczenia tam polskiego dziedzictwa albo zawłaszczania go. Tymczasem nie mamy świadomości Kresów zachodnich. Ot, taki przykład. Te sławne husarskie skrzydła ostatni raz wcale nie powiewały na wschodzie – ostatni husarze złożyli, w obliczu pruskiego zaboru, swoje zbroje i skrzydła w kościele św. Janów w Pile (zagrabił je potem jeden z Hohenzollernów). Kościół św. Janów był w XIX w. ostoją polskości na obszarze mocno się niemczącym, lecz w czasie walk o Wał Pomorski został zniszczony, jak cała zresztą Piła. I trwał w formie ruiny, którą można było jednak odbudować. Otóż władza komunistyczna, z sekretarzem wojewódzkim partii na czele, urządziła w latach 70. spektakl wysadzenia tych ruin w powietrze. Na tym miejscu postawiono wielki słup betonowy – hotel Rodło (niby taki symbol „walki o polskość”). To żałosna i straszna symbolika niepamięci, fałszu i mitów. Tak, bardzo często nie pamiętamy i nie chcemy pamiętać tego, co powinniśmy pamiętać. Stąd te moje wycieczki z młodymi ludźmi. Ale jeżdżę także dla siebie samego, żeby się odnaleźć w polskości. Żeby jej doświadczyć i przeżyć ją jak najgłębiej, także w wymiarze metafizycznym, związanym z kwestią dobra i zła. Pracy i niszczenia. Trwania i przemijania.

Wideo

Źródło:

Zostaw komentarz