Pracowniczka sanepidu: ludzie się boją i płaczą po kątach

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Pracownicy sanepidów w wielu miejscach na Śląsku pracują dziś od ośmiu do nawet trzynastu godzin dziennie © Shutterstock Pracownicy sanepidów w wielu miejscach na Śląsku pracują dziś od ośmiu do nawet trzynastu godzin dziennie

– Jestem zmęczona, zniechęcona i zła. Biorę tabletki uspokajające. Śni mi się praca, tabelki, rozmowy z ludźmi. Koszmar – mówi anonimowo w rozmowie z Onetem pracowniczka jednej ze stacji sanitarno-epidemiologicznych.

  •  Na całą stację dostępnych jest niewiele służbowych telefonów komórkowych i kilka telefonów stacjonarnych. Ludzie nie są w stanie dodzwonić się do sanepidu, bo linie są ciągle zajęte
  •  – Ludzie się burzą, że jest bajzel, bo nie można się dodzwonić. To nie oznacza, że nikt nie chce z nimi rozmawiać – słyszymy
  • – Brakuje pieniędzy na środki czystości, opał i bieżące opłaty. Komputery i serwery się zawieszają, a drukarki nie nadążają z drukowaniem
  •  – Pracownicy kopalń dzwonią ze skargami, że ludzi z sanepidów należy zwolnić, bo źle wykonują swoją pracę. Na forach internetowych ludzie podpisują petycje, by odwołać inspektorów sanitarnych w stacjach obejmujących obszary, w których zakażeń jest najwięcej. Nikogo jednak nie interesuje to, że po prostu nie mamy zapewnionych warunków – mówi

***

Kamil Turecki: Znajduje pani czas na odpoczynek?

Pracowniczka sanepidu: Jestem zmęczona, zniechęcona i zła. Biorę tabletki uspokajające. Śni mi się praca, tabelki, rozmowy z ludźmi. Koszmar. Atmosfera w pracy też pozostawia wiele do życzenia. Ludzie się boją i płaczą po kątach, bo nikt nie jest już w stanie ogarnąć ogromu pracy. Część inspektorów sanitarnych na Górnym Śląsku jest zastraszana, że jeśli nie poradzi sobie z sytuacją, zostanie po prostu zwolniona.

Przez kogo?

Tego nikt głośno nie mówi, ale słychać, jak część osób mówi, że chyba czas pakować walizki, bo w nerwach czekają na telefon z góry o zwolnieniu.

Z góry?

Merytorycznie podlegamy pod Ministerstwo Zdrowia. Łatwo nie jest, bo pracownicy kopalń dzwonią ze skargami, że ludzi z sanepidów należy zwolnić, bo źle wykonują swoją pracę. Nikogo jednak nie interesuje to, że po prostu nie mamy zapewnionych warunków. Nawet reklamy wręcz nakłaniają: masz problem, dzwoń do sanepidu. Zostaliśmy z wszystkim sami. Na forach internetowych ludzie skrzykują się i podpisują petycje, by odwołać inspektorów sanitarnych w stacjach obejmujących obszary, w których zakażeń jest najwięcej.

Przed pandemią problemów nie było?

Było i to sporo. Na co dzień w stacjach pracuje ok. 40-50 pracowników merytorycznych. Te osoby na co dzień zajmują się nadzorem nad higieną szkolną, żywienia, pracy, komunalną, nadzorem wody i nadzorem epidemiologicznym. Zadań jest sporo, ale jesteśmy podzieleni na grupy i w normalnych warunkach wszystko mniej więcej gra i buczy, choć nie da się ukryć, że mamy problemy finansowe.

Na co brakuje środków?

Na środki czystości, opał i bieżące opłaty. Komputery się zawieszają, serwery nie wyrabiają, drukarki nie nadążają z drukowaniem. Słowem – dramat. Czasem drobny sprzęt przynosimy z domu. Wszystkiego jest mało, a do tego większość zarabia minimalną pensję krajową. Kiedy ją podwyższono, część pracowników musiała nawet dostać podwyżki, żeby spełniać podstawowe wymagania. Takie są realia, ale o tym się nie mówi.

Co się stało z pracą w sanepidach na Górnym Śląsku, w okręgach szczególnie dotkniętych pandemią koronawirusa?

Codzienne problemy się zwielokrotniły. Każda z zakażonych osób miała kontakt z co najmniej kilkoma kolejnymi osobami. Mowa o domownikach, osobach z bezpośredniego sąsiedztwa oraz z pracy. Te osoby trzeba objąć nadzorem. Trzeba było zatem utworzyć swoistą sieć kontaktów i wszystkich obdzwonić.

Ile zatem trwa wydzwonienie tych pierwszych kilkunastu ludzi z utworzonej sieci kontaktów?

Łącznie trwa to ok. godziny. Prace zostały całkowicie sparaliżowane, gdy ogniska koronawirusa wybuchły na kopalniach. Dzwoni do nas kilkadziesiąt osób dziennie, a my obdzwaniamy kilkadziesiąt kolejnych, by przeprowadzić wywiad epidemiologiczny. Z tego wszystkiego robi się suma kilkuset osób, z którymi trzeba porozmawiać i objąć nadzorem sanitarnym.

Problemy, o których się mówi to zatem bardziej kwestia braku czasu, odpowiedniego sprzętu czy ludzi do pracy?

Na całą stację dostępnych jest niewiele służbowych telefonów komórkowych i kilka telefonów stacjonarnych. Wiele ludzi nie jest w stanie dodzwonić się do sanepidu, bo linie są ciągle zajęte. Skoro wywiad może trwać nawet do godziny, to jedna osoba zdąży „załatwić” kilkanaście rodzin dziennie. Nie możemy dzwonić do ludzi prywatnymi telefonami, bo nie dadzą nam spokoju i po nocach będą wydzwaniać do domu, a trzeba też mieć czas na, chociażby, kilkugodzinny sen.

Ile godzin dziennie pracujecie?

Dziś pracujemy w systemie rotacyjnym ponad osiem godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu. Za nadgodziny nie mamy płaconych pieniędzy, tylko mamy sobie wybrać wolne. Tylko kiedy decydować się na urlop, skoro nie ma komu pracować?

Czy sanepidy apelowały do władz o zwiększenie pomocy?

Stale apelujemy o pomoc i finansową, i kadrową, ale odbijamy się od ściany. Jakby tego było mało, w momencie wybuchu pandemii i jej skutków, część osób zdecydowała się na urlopy, bo ma małe dzieci i musiała się nimi zająć, a przedszkola przestały działać. Inne osoby z problemami zdrowotnymi „uciekły” na L4. Nagle ubyło nam ok. 5-10 pracowników. To robi różnicę.

Jakie jeszcze problemy sanepidów ujawnił koronawirus?

Nie mamy wystarczająco dużo sprzętu. Sami tworzymy bazy danych. Nie jest stworzona profesjonalna baza ogólna, która mogłaby nam ułatwić pracę. Sprzęt jest przestarzały, komputery się zawieszają, drukarki nie wyrabiają. Jesteśmy zasypywani wynikami z różnych stron: z kopalni, szpitali i wymazobusów. Tego jest kilkaset dziennie, a telefony są cały czas zajęte, bo ludzie dzwonią z różnymi pytaniami i problemami.

To znaczy, o co pytają?

Wrócili z zagranicy i chcą wiedzieć, dlaczego rodzina też jest objęta kwarantanną. Inni narzekają, że są chorzy (ale nie na chorobę wywołaną koronawirusem), a nie mogą dodzwonić się do lekarza rodzinnego. Jeszcze inni twierdzą, że mają objawy COVID-19 i chcą, by ktoś natychmiast przyjechał zrobić im wymaz. Są też tacy, którzy zgłaszają się po wyniki wymazów, bo chcą wrócić do pracy. Niektórzy żądają różnych zaświadczeń do pracy. To dodatkowa praca dla nas. Poczta też często dostarcza decyzję administracyjną już po odbyciu kwarantanny, a ludzie potrzebują tego do pracy. W końcu we wszystkich komunikatach podawana jest informacja: „masz problem, dzwoń do sanepidu”.

Jak reagujecie na pretensje ludzi, gdy już ktoś się dodzwoni?

Ludzie się burzą, że jest bajzel, bo nie można się dodzwonić. To nie oznacza, że nikt nie chce z nimi rozmawiać, tylko wtedy najczęściej trwa wywiad epidemiologiczny z osobą, która jest zakażona. To nasz priorytet. Jak zatem mają się dodzwonić, skoro wszystkie linie są stale zajęte? Przydałaby się więc nowa centrala, która informowałaby osoby dzwoniące i ustalała miejsce w kolejce. Naszym obowiązkiem jest zrobić wywiad z wszystkimi osobami, które wymagają objęcia kwarantanną. Dlatego jak tylko akurat nikt nie dzwoni, sami to robimy, bo musimy.

A jak to jest naprawdę z tymi wymazobuzami? Ponoć mają urwanie głowy.

Na początku był jeden na całe województwo i ludzie często mieli przedłużane kwarantanny, bo nie zdążyli mieć wymazu. Teraz wymazobusów jest więcej. To wcale nie oznacza, że przy tej liczbie zakażeń są w stanie obsłużyć wszystkich zgodnie z przyjętą procedurą. W związku z tym nadal będą przedłużane kwarantanny. Jak pan myśli, kogo ludzie będą za to obwiniać?

Sanepid?

Oczywiście. Mam wrażenie, że odpowiadamy za całe zło tego świata. Wracając do pobranych próbek, czasem laboratorium uznaje je za wadliwe i całą procedurę należy powtórzyć, a czas leci…

Jak reagują na to pracodawcy?

Często nie interesuje ich, skąd pracownik ma wziąć decyzję, tylko taki dokument ma po prostu posiadać. Pracodawca chce też nieraz wykaz dwóch ujemnych wyników. My nie potrafimy ich znaleźć wśród tylu papierów, a sam pracownik się do nas nie dodzwoni, bo linie są stale zajęte. Osoby pracujące poza granicami Polski same proszą, żebyśmy wystawiali zaświadczenie, że wróciły do kraju i odbywały kwarantannę, bo pracodawca im nie wierzy.

Sytuacja jest trudna, ale przecież nie wszędzie. Czy sanepidy nie są w stanie sobie wzajemnie pomagać?

Pomagają już osoby delegowane z kopalń. Dodatkowo podobno w niektórych stacjach przesunięto osoby z innych sanepidów, ale to wciąż za mało. Nikt też nie przewidział tego, że w większości budynków nie ma wystarczająco miejsca. Pewnie jest kłopot z zachowaniem dwóch metrów odstępu, a przecież nie można posadzić tych ludzi na dworze.

A co z dotychczasową pracą sanepidu, którą trzeba wykonać bez względu na koronawirusa?

Oprócz zadań związanych z koronawirusem nadal prowadzimy nadzór nad obiektami tak, jak było to dotychczas. Ponadto dzwonią ludzie z pytaniami dotyczącymi wymagań w zakładach fryzjerskich, kosmetycznych, sklepach, restauracjach itp. Prowadzony jest również nadzór nad jakością wody.

Jak długo jest pani w stanie jeszcze to wytrzymać?

Nie wiem. Pracownicy sanepidu czują się trochę sierotami. Człowiek zatrudniał się, mając poczucie misji. Choć nie mamy żadnych przywilejów jak niektóre służby, dwoimy się i troimy, by wszystko było zrobione porządnie. Tymczasem wylał się na nas hejt, że nic nie robimy i że należy nas zwolnić. Ludzie wycierają nami wszystkie kąty. To bardzo niesprawiedliwe.

Makowski: fala hejtu wylana na mieszkańców Śląska została wywołana wypowiedzią ministra Szumowskiego

(KT, mba)

Zostaw komentarz