Polityka nad prywatnością, czyli dwa lata RODO w Polsce [OPINIA]

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

matthew-henry-fPxOowbR6ls-unsplash © Unsplash matthew-henry-fPxOowbR6ls-unsplash

W poniedziałek 25 maja mijają dokładnie dwa lata obowiązywania RODO, czyli najbardziej upolitycznionego aktu UE. Ochrona danych osobowych nigdy częściej niż przez te ostatnie dwa lata nie była instrumentem walki politycznej — pisze dr Maciej Kawecki*.

  • – RODO obowiązuje w Polsce dokładnie dwa lata
  • – Temat ochrony danych osobowych stał się jednym z podstawowych narzędzi walki politycznej
  • – Argumentu za lub przeciw używają, w zależności od potrzeby, każda strona sporu politycznego w Polsce

Najpierw była wielka niewiadoma. Potem było wielkie booom. Największa w historii naszego kraju lekcja prywatności. Niekończąca się wojna absurdów. A po tym wszystkim nastało RODO.

25 maja obchodzimy drugą rocznicę jego wejścia w życie. Pamiętam, jak dokładnie dwa lata temu przez drzwi resortu cyfryzacji, który odpowiadał za jego wdrażanie, rano przewinęły się dwie fale. Pierwszą z nich była fala kamer, a drugą fala ludzi, żądnych informacji z czym tak naprawdę to RODO się je.

Kiedy w wielu krajach Unii Europejskiej tego dnia obywatele nadal nie wiedzieli o istnieniu tej regulacji, u nas stała się ona gwiazdą, która jak na gwiazdę przystało, ogłaszała swoje nadejście w świetle jupiterów.

Przed wejściem w życie RODO odwiedzałem bardzo sporadycznie studia telewizyjne czy radiowe, by mówić o prywatności. Pamiętam, jak cieszyłem się, gdy goście z którymi miałem przyjemność występować, w ogóle znali pojęcie „danych osobowych”. Część z nich nazywała je wprawdzie „danymi osobistymi”, ale jednak.

W większości przypadków, ochrona danych osobowych to była jednak czarna magia. Materia dla nielicznej garstki wtajemniczonych ekspertów. Tych samych od kilkunastu lat.

Każdy mówił, że te jupitery zgasną. Że wrócimy do normalności, którą miało być ponowne odłożenie ochrony danych na półkę pod tytułem „sprawy dalszej kategorii”. I gdybym miał podsumować te ostatnie dwa lata, to po pierwsze powiedziałbym o zaskoczeniu. Otóż okazało się, że jupitery nie zgasły. Nic z tych rzeczy, ochrona danych osobowych przez ostatnie dwa lata stała się wbrew oczekiwaniom wszystkich jednym z kilku najczęściej poruszanych tematów przez opinię publiczną. Jakby politycy, osoby publiczne, po 20 latach funkcjonowania systemu ochrony danych osobowych odkryli je ponownie.

Wydawać by się mogło, że to wielki sukces. Udało nam się w kilka lat nadgonić pokolenia podnosząc naszą świadomość istnienia ochrony prywatności na nieporównywalnie wyższy poziom. Przecież o to w tej całej reformie chodziło.

Okazało się jednak, że to jedno słowo — „popularność” — wbrew pozorom stało się w polskich realiach gwoździem do trumny systemu ochrony danych osobowych.

Bo oprócz ogromnej korzyści wynikającej z powszechnej popularyzacji systemu ochrony danych osobowych i wzrostu świadomości społecznej, ochrona danych osobowych nigdy nie była częściej niż przez ostatnie dwa lata instrumentem walki politycznej. I aby było jasne, mam tutaj na myśli absolutnie całą polską scenę polityczną.

Debata publiczna o niemal każdym z najważniejszych politycznych wydarzeń ostatnich lat w mniejszym bądź większym stopniu dotyczyła również danych osobowych.

Gdy ponad rok temu pod budynkiem jednej z telewizji osoby strajkujące zaatakowały dziennikarkę pracującą w tej stacji, stacja zdecydowała się udostępnić w głównym wydaniu swego programu informacyjnego wizerunki osób strajkujących. Setki prawników i połowa sceny politycznej krzyczeli, że narusza to przepisy RODO.

Parę tygodni później, w innej już telewizji zapewne przez pomyłkę udostępniono zdjęcie dowodu osobistego lidera rządzącej obecnie partii politycznej. Tym razem kolejna setka prawników i druga z kolei połowa sceny politycznej krzyczeli, że powyższe narusza przepisy RODO. Ta część sceny politycznej, której RODO jeszcze kilka tygodni wcześniej było tak bliskie, teraz już jednak milczała. I tak na piedestał sceny politycznej wyniesiono sztandar z nazwą „RODO”, który miał tam już pozostać.

Nie minęło wiele czasu, by RODO posłużyło jako argument do nieujawniania przez Kancelarię Sejmu list poparcia kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa. I znów, krzykowi połowy sceny politycznej towarzyszyło milczeniu połowy drugiej.

Kiedy z kolei ujawniono nagrania z monitoringu wizyjnego, na którym w swoim czasie prywatnym lider rządzącej partii odwiedza w prywatnym domu prezesa Trybunału Konstytucyjnego, krzyczała już tylko jedna połowa sceny politycznej, druga, tej której RODO jeszcze dwa tygodnie temu było tak bardzo bliskie, milczała.

Następnie RODO zawitało do resortu sprawiedliwości, którego dotknęła tym razem afera wycieku prywatnej korespondencji jednego z wiceministrów sprawiedliwości i osoby trzeciej. I znów, jedna część sceny politycznej broniła tylko prywatności tego, kogo udostępniona korespondencja dotyczyła, a druga część sceny politycznej broniła prywatności tylko tego, kto taką korespondencję prowadził.

Następną kartę historii pt. “RODO” zapisały z kolei niekończące się fale wycieków danych polityków, sędziów i innych osób publicznych. Krzyk jednych polityków tłumiony był opozycyjnym krzykiem drugich.

I tak było, aż nastał czas wyborów prezydenckich. Kiedy jeden z liderów partii stanowiącej tzw. mniejszość parlamentarną z mównicy sejmowej zapowiedział konieczność natychmiastowego uchylenia RODO wpisując to w program swojej kampanii prezydenckiej, inny publicznie ogłosił konieczność podniesienia poziomu ochrony prywatności zwłaszcza w okresie pandemii koronawirusa.

Potem pandemia stała się dla jednych okazją do dostrzeżenia inwigilacyjnego potencjału RODO, dla innych będąc okazją do gorliwej obrony Polaków przed tym zamachem na ich jakże ważne prawo podstawowe. Czas debaty publicznej na temat prezydenckich wyborów korespondencyjnych dla jednych stał się okazją do wytykania niezgodności proponowanego modelu wyborów z RODO, dla innych okazją do wprowadzenia mechanizmów pozwalających gromadzić ogromne ilości danych o obywatelach. Co będzie następne?

Dzisiaj, po dwóch latach od wejścia w życie RODO, każdy w Polsce wie co ono znaczy. Ale czy ta wiedza ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistą ochroną prywatności? Na to pytanie, każdy musi sobie odpowiedzieć sam.

Mnie, gdy na to wszystko patrzę, na pewno towarzyszy zawód.

*Dr Maciej Kawecki jest prezesem Instytutu Polska Przyszłości im. Stanisława Lema. Do 2019 r. był koordynatorem prac nad reformą ochrony danych osobowych w Ministerstwie Cyfryzacji

Zostaw komentarz