Osiem rozczarowań PiS-em

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

© Fotorzepa, Jerzy Dudek

[Uwaga od redakcji: Opinie w tym artykule są opiniami autora, opublikowanymi przez naszego partnera, i nie reprezentują poglądów Microsoft News ani Microsoft]

Długa jest lista powodów, dla których konserwatysta mówi sobie: ta władza zmarnowała szansę na naprawę państwa – pisze publicysta.

Prawie dokładnie pięć lat temu wieczorem stałem w zbyt małej jak na ogromną liczbę gości sali w Reducie Banku Polskiego, nieopodal placu Teatralnego w Warszawie. Mam do dziś film, który nagrałem wtedy komórką: rozentuzjazmowany tłum skandujący „Andrzej Duda!” i prezydent elekt, przepychający się między ludźmi w drodze na scenę, chyba jeszcze nie do końca wierzący w swoje zwycięstwo.

Jak wielu państwowców i konserwatystów znużonych, zniesmaczonych, czasami przerażonych jakością rządów PO i PSL sądziłem, że będzie to początek odnowienia państwa według dobrych, konserwatywnych właśnie wzorców. Owszem, wiadomo było, jakie PiS ma wady – sam pisałem o nich wielokrotnie jeszcze przed majowymi wyborami i potem przed październikową elekcją. Nic jednak nie zapowiadało takiej katastrofy, jaka ostatecznie nastąpiła.

Pięć lat później muszę uczciwie przyznać sam przed sobą: jeśli państwo było chore – a to akurat PiS diagnozował jak najsłuszniej – to zaczynam sobie zadawać pytanie, czy lekarstwo nie okazało się gorsze niż choroba, którą miało wyleczyć.

Nie jest tak, jak dziś twierdzą zwolennicy twardej antypisowskiej linii, że wszystko od początku było wiadomo i że niemal od pierwszego momentu zgwałcono konstytucję i demokrację. Nie – jednym z największych nieszczęść minionych pięciu lat było to, że opozycja od początku rządów PiS uderzyła w maksymalnie histeryczny ton. Dlatego dziś brakuje jej już określeń na opisanie tego, co się dzieje. Bo kogo ruszy powtarzana po raz setny fraza o śmierci demokracji? Zwłaszcza że demokracja w Polsce nie umiera – ona może się tylko stać demokracją, by tak rzec, ukierunkowaną w jedną stronę. Systemowo połowiczną.

Długa jest lista powodów, dla których konserwatysta po tych pięciu latach mówi sobie: ta władza zmarnowała szansę na naprawę państwa. Niemal nic z tego, co działało źle, nie naprawiono, a wiele dodatkowo popsuto.

Po pierwsze, pójście w stronę całkowitego politycznego woluntaryzmu i zniszczenie lub zawłaszczanie instytucji. PiS jednoznacznie opowiedział się za obłudną absolutyzacją woli wyborców, rozumianą jako legitymacja do zrobienia z państwem w czasie swojej kadencji wszystkiego. Taka koncepcja musi się w którymś momencie zetrzeć z koncepcją państwa prawa i to właśnie widzimy, choć były i wcześniejsze epizody, na przykład niewątpliwa próba złamania konstytucji poprzez odwołanie pierwszej prezes Sądu Najwyższego przed konstytucyjnym terminem zakończenia jej kadencji.

Raz wyrażona wola wyborców ma usprawiedliwiać wszelkie poczynania – również te, o których wyborcy nie mogli wiedzieć i których nie mogli się spodziewać, oddając głos na rządzących. Ci tymczasem definiują sobie ową wolę wyborców jak im wygodnie.

Instytucje w tym paradygmacie zostają zredukowane do roli narzędzi realizacji potrzeb partii rządzącej i tak ustawione, żeby się do tego nadawały. Tak jak stało się z prokuraturą, Trybunałem Konstytucyjnym, Radą Mediów Narodowych i wieloma innymi instytucjami. O czymś takim jak kontrolna rola instytucji o trwałości opartej na czymś więcej niż bieżące zapotrzebowanie władzy w tym paradygmacie mowy nie ma.

Taki polityczny woluntaryzm nie ma nic wspólnego z konserwatyzmem – to raczej podejście typowe dla rewolucjonistów.

Po drugie, psucie na potęgę prawa. PiS wielokrotnie pokazywał, że gdy taka jest wola kierownictwa partii, potrafi przepychać przez parlament w kilkadziesiąt godzin najbardziej niedopracowane ustawy. To, w jakim tempie i formie uchwalano choćby ustawę dyscyplinującą sędziów, zmianę ustawy o KRRiT, nowelizacje do ustawy o Sądzie Najwyższym urągało zasadom dobrej legislacji. Dodajmy do tego notoryczne – zwłaszcza w pierwszej kadencji – prezentowanie projektów faktycznie rządowych jako poselskie, aby uniknąć wysłuchania publicznego czy konieczności przedstawiania oceny skutków regulacji.

Prawo nie jest traktowane jako ustalane na dłużej ramy, w których ma funkcjonować państwo, ale – podobnie jak instytucje – jako narzędzie realizacji woli politycznej partii lub nawet jedynie jako amunicja do szybkiego wystrzelenia w krótkiej wojence politycznej.

Po trzecie, w sprawach personalnych polityka wierności, a nie kompetencji. Symbolami nominacji PiS na ważne miejsca w państwie pozostaną osoby takie jak Julia Przyłębska, Krystyna Pawłowicz, Stanisław Piotrowicz, Adam Andruszkiewicz. Symbolem postawy PiS wobec innych sił politycznych pozostaną skrajnie arogancki Ryszard Terlecki, agresywny Dominik Tarczyński, arogancka Beata Mazurek, autystyczny Marek Kuchciński czy wygadujący absurdy bez mrugnięcia okiem Jacek Sasin.

W żadnym z kluczowych dla państwa punktów PiS nawet nie spróbował wprowadzić zasady nominacji na podstawie kryteriów pozapolitycznych i kompetencyjnych, z utrzymaniem głębokiej przejrzystości. To dotyczy także spółek Skarbu Państwa, które – podobnie jak instytucje i prawo – są integralnym elementem rozgrywek międzyfrakcyjnych. Od początku rządów PiS w tej sferze wysyła się do obywatela jasny sygnał: państwo skorzysta z twoich umiejętności – lub raczej: pozwoli ci zarobić, jeśli wykażesz się lojalnością.

Po czwarte, sprowadzenie mediów publicznych, a zwłaszcza ich programów informacyjnych, do roli narzędzi wyjątkowo tępej momentami propagandy. Dotyczy to zwłaszcza telewizji państwowej. Trudno w ogóle mieć wątpliwości, że tu PiS posunął się dalej niż jakakolwiek siła polityczna wcześniej, nie tylko nie starając się nawet udawać zachowania względnej równowagi, ale jeszcze posługując się metodami tak prymitywnymi, jakby naprawdę uważał odbiorców przekazu za idiotów.

Po piąte, uciekanie się do populizmu jako jednego ze standardowych instrumentów politycznych. Przy czym populizm rozumiem tutaj jako podejmowanie decyzji lub głoszenie poglądów, o których ich autorzy świetnie wiedzą, że są dla państwa szkodliwe, ale mimo to przy nich trwają, bo oznacza to doraźną korzyść sondażową. Przykładem była decyzja o obniżeniu uposażeń poselskich, podjęta tylko po to, żeby ratować się przed złością opinii publicznej, gdy wyszły na jaw nagrody dla członków rządu Beaty Szydło. Ta decyzja obniża jakość ludzi zasiadających w i tak pozornej w dużej mierze legislaturze oraz dodatkowo uzależnia ich od przydzielanych przez władzę fruktów. Podobnie populistyczny charakter mają inicjatywy socjalne – 300 zł wyprawki szkolnej czy proponowany obecnie bon wakacyjny.

Po szóste, sklerotyczny wręcz paternalizm państwa. Liczba regulacji, którymi PiS skrępował Polaków, jest bezprecedensowa w historii III RP – od ustawy o ziemi, poprzez absurdalne regulacje śmieciowe (pięć frakcji), wciskanie ekologicznych nowinek w rodzaju antyplastikowych regulacji, zakaz handlu w niedzielę, aż po uderzanie w kierowców (strefy niskoemisyjnego transportu). Państwo według PiS podchodzi do obywateli jak do dzieci, które nie umieją podjąć odpowiedzialnych decyzji i ponieść ich konsekwencji. Ma być wielkim wychowawcą: określić, jak mamy spędzać wolny czas, co jeść, dokąd wolno nam chodzić i co robić.

To dalece przekracza regulacje konieczne do tego, aby państwowa wspólnota mogła sprawnie funkcjonować, ale jest zgodne ze sposobem myślenia, zgodnie z którym wolność osobista jest raczej fanaberią, a nie jednym z podstawowych składników społecznej umowy.

Po siódme, fiskalizm, ubóstwienie redystrybucji i finansowe uzależnienie ludzi od państwa. Nawet jeśli uznamy, że konserwatyzm może mieć swoje wyraźnie socjalne oblicze, poziom fiskalizmu za rządów PiS przewyższa wszystko, co do tej pory widzieliśmy. Opłata emisyjna, opłata od reklamówek, podatek cukrowy, danina solidarnościowa, manipulacje kwotą wolną, utrzymanie wyższego VAT, brak waloryzacji progów podatkowych – a wszystko to, aby móc rozdawać publiczne pieniądze także w celach budzących ogromne wątpliwości.

Konserwatysta mógłby uznać, że państwo powinno wspomóc tych, którzy mają zdolności, wolę, chęć, zapał, ale nie mają pieniędzy. Nie powstał jednak żaden oparty na takich założeniach masowy program stypendialny dla młodzieży. Zamiast tego niemal 3 mld zł rocznie idą na wyprawkę plus, którą wprowadzono jedynie po to, żeby w 2018 r. mieć dobry wynik z wyborach lokalnych. W tym przypadku możemy bez demagogii mówić o grze o sumie zerowej: te akurat 3 mld, a nawet tylko ich część, pomogłaby ogromnej grupie zdolnych dzieci, zbyt ubogich, by kupić sprzęt komputerowy, uczyć się języków czy zdecydować się na naukę w liceum. Tego typu pomysł jest jednak sprzeczny z egalitaryzmem PiS, w którym nie ma miejsca dla wspieranie lepszych, by stawali się najlepsi. To ważna cecha tej władzy: szukając rezerwuaru wyborców, postawiła wyłącznie na podciąganie tych, dzięki którym może wygrywać – roszczeniowych, pełnych żalu i resentymentu.

Po ósme, promowanie i wzbudzanie postaw kwestionujących indywidualne osiągnięcia, sukces, powodzenie. Zgodnie z przekonaniem, że jeśli ktoś jakąś pozycję sobie zbudował, to musiał to najpewniej zrobić w „niesłusznym” minionym okresie przed rządami PiS. Na cenzurowanym są przedsiębiorcy i klasa średnia.

PiS często broni się, że „przez osiem lat…”. Lecz przecież taka obrona to nic innego, jak przyznanie się przez polityków rządzącej koalicji, że nie są lepsi od poprzedników. A mieli być inni.

PiS nie ma z konserwatyzmem – poza retoryką, dotyczącą zresztą tylko niektórych spraw – nic wspólnego. Pięć lat jego rządów, licząc od wyboru Andrzeja Dudy, to postępujące psucie państwa, rozstrajanie jego instytucji, legislacja fatalnej jakości, pogarda dla kompetencji przy promocji tępego partyjniactwa i hodowanie elektoratu uzależnionego od polityki socjalnej. Przede wszystkim zaś to rozbijanie wspólnoty w nie mniejszym stopniu, niż robili to poprzednicy. Pod wieloma względami PiS okazało się po prostu lustrzanym odbiciem patologii czasów Tuska.

Zostaw komentarz