Oglądanie wiadomości – czy warto odpuścić?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

W sierpniu 2019 roku pożary pustoszyły Amazonię i były relacjonowane przez wszystkie media na świecie, rozpalając do czerwoności (nomen omen) sieciową społeczność. Tymczasem, jak donosi Instytut Badań Kosmicznych, satelity nad Brazylią zaobserwowały w Amazonii w tym roku (i to tylko do września) 32 017 ognisk pożarów, co w stosunku do tragicznego sierpnia zeszłego roku daje wzrost o 61%. Tak, tak, o 61%! Czytaliście coś o tym?

ZOBACZ: Czy wolność słowa właśnie umiera?

REKLAMA

A przecież rok temu świat zmieniał masowo hasztagi, były marsze solidarności i potępienie rządu Brazylii, np. przez prezydenta Macrona. Co takiego się zmieniło? Nic. Po prostu  temat już nie jest sexy, a to główne kryterium medialnych „jedynek” (oczywiście podejrzeń, że Francja w tym roku sprzedała Brazylii helikoptery i postanowiła milczeć, wykluczyć nie można). Podobnie było np. z Puszczą Białowieską, kornikiem drukarzem czy dzikobójstwem – kto to jeszcze pamięta?

Hasztagi nie nadążały za zmianami, celebryci z wylewaniem łez, a politycy z ubijaniem własnych interesów. I co, gdzie się podziały te tematy, gdzie są te emocje, które rozrywały rodziny i grona przyjaciół? Odeszły, bo media już mają nowe, jeszcze bardziej sexy newsy, których nie możemy się doczekać, prawda? I za chwilę będą jeszcze nowsze, a te nakręcą ruch w mediach społecznościowych i wszyscy będą zadowoleni – nawet jeżeli nie będą prawdziwe, bo tak się gra w tę grę.

PRZECZYTAJ: Życiowy wyścig szczurów – czy można się wypisać?

W Polsce mamy dodatkowy problem, ponieważ narracje mediów rozkładają się dwubiegunowo (zupełnie jak nazwa tej choroby) i dokładnie tak, jak preferencje polityczne społeczeństwa. To niby przejaw demokracji, gdyż świadczy o pluralizmie, jednak to pluralizm pozorny. Odbiorcy wolą dostawać opinie, których oczekują i z którymi się zgadzają, więc, po prostu, każdy czyta i ogląda „swoje media”, a te dla nich pracują.

To nie ma nic wspólnego ze sztuką dziennikarską, ale biznes jest stabilny i rokujący na przyszłość, więc nie ma co spodziewać się rychłych zmian. Żeby nie było, że mam coś przeciwko entuzjazmowi i zaangażowaniu w społeczne, obywatelskie ruchy – bo nie mam. Sam się w nie kiedyś angażowałem i rozumiem potrzebę szukania swojej tożamości także przez wspólnotę.

Chodzi mi bardziej o to, by nie ulegać zbiorowym, mediowym narracjom, myśleć samodzielnie i wyciągać wnioski. By, na przykład, zamiast wyrażać hasztagiem solidarność z czarnymi niewolnikami w XVIII wieku w Ameryce i lajkować obalanie pomników Tadeusza Kościuszki (bo mu na pewno jakaś czarna służąca podała kiedyś kawę, więc jest oczywiście winny opresji), nawiązać nić solidarności z własnym rozumem. Ale do tego trzeba niestety częściej korzystać z Google’a niż z Facebooka.  

żródło:

Zostaw komentarz