“Od dziś wracamy do pracy. I wiemy, że będzie ciężko”

Podziel się

Share on facebook
Share on linkedin
Share on twitter
Share on email
  • Z rozmów, które przeprowadziłem, wyłania się zarys obrazu polskiej gastronomii, branży nisko opłacanej i pełnej umów śmieciowych
  • To branża, która stoi studentkami i studentami oraz ludźmi młodymi. Po zamknięciu lokali większość z nich wróciła więc w rodzinne strony, by w ten sposób przetrwać lockdown
  • Niektórzy mieli to szczęście, że mogli liczyć na pracodawcę, który szedł im na rękę, albo dostawali pomoc od państwa w innej formie niż cały czas wyczekiwane postojowe
  • Od dziś wrócą do pracy, a ich zarobki spadną. Choć niektóre kluby i restaruacje stawek nie zmniejszą, to na pewno będzie mniejszy ruch, a więc i mniej napiwków, z których kelnerki i kelnerzy czerpią często drugą pensję
  • Rozmawialiśmy przed weekendem, w środę, czwartek i piątek. Dokładne warunki pracy w nowej rzeczywistości znała tylko jedna osoba, menadżerka krakowskiego Klubu pod Jaszczurami

Imiona większości bohaterów zostały zmienione. Zmienione zostały też niektóre szczegóły dotyczące miejsca pracy

Kinga: Przecież trzeba jakoś żyć

Kinga ma męża, dziecko i od dwóch miesięcy jest bez pracy. – O tyle jestem w dobrej sytuacji, że korzystam ze wsparcia rządu dla pracujących matek. Pobieramy opiekę na czas zamknięcia przedszkoli, więc mam jakiś stały dochód – mówi.

– Pieniędzy brakuje wiadomo, bo to tylko 80 proc. średniej krajowej. Jakoś wystarcza, ale to nie to samo co normalna pensja – dodaje. A gdy pytam, co sądzi o odmrożeniu, nie ma większych wątpliwości.

– Wszyscy jesteśmy spragnieni pracy. Po tych dwóch miesiącach zamknięcia będziemy chętnie pracować, nawet na tych weselach do rana – przekonuje. Kinga pracuje w karczmie w Krynicy Zdrój.

– Gdzieś w nas jest obawa o bezpieczeństwo, przecież do nas do karczmy przychodzą i turyści, także zagraniczni, ale przecież trzeba jakoś żyć. Zakładam, że pracodawca zaopatrzy nas w jakieś maseczki i środki dezynfekujące – dodaje.

Podkreśla, że jest raczej spokojna o przyszłość, bo z pracodawcą większych kłopotów nigdy nie miała. Moi kolejni rozmówcy tego optymizmu nie podzielają.

Karol: To się skończy w sądzie pracy

– Z gastronomią jestem związany od trzech lat i się w tym odnajduję. Może to brzmi śmiesznie, bo mam 28 lat, a dalej jestem kelnerem, ale jak wcześniej pracowałem w innej branży, to zarabiałem mniej niż w gastro, więc wiesz jak jest – mówi mi tytułem wstępu Karol, który jest zatrudniony w jednej z poznańskich restauracji i od razu przechodzi do rzeczy.

Mandaty za brak maseczek? Okres ochronny się skończył

– Od czasu lockdownu nasz pracodawca się na nas wypiął – stwierdza.

– Jak to wypiął? – dopytuję.

– No wypiął się w stu procentach. Poprosił nas o wypełnienie wniosków do ZUS-u o postojowe już 3 kwietnia, ale do dziś tych wniosków nie wysłał, więc odkąd przestaliśmy pracować, zostaliśmy pozbawieni jakiegokolwiek dochodu. Od półtora miesiąca walczymy o wysłanie tych wniosków. Znajomi, którzy pracują w innych miejscach, już dawno podostawali pieniądze – a nam się cały czas wmawia, że a to ZUS nie działa, a to znowu coś – opowiada.

Obowiązek wysłania wniosków o postojowe spoczywa na barkach pracodawców.

– A co do odmrożenia to oficjalnie nic jeszcze nie wiadomo – mówi, a rozmawiamy w środę. Restauracje mają się otwierać od najbliższego poniedziałku.

– Nieoficjalnie wiem, że wracają same menadżerki, na kuchni ma być jeden kucharz, a sala będzie bez obsługi – mówi.

– To jak ta restauracja ma działać? – dopytuję.

– No menadżerki będą obsługiwać – wyjaśnia Karol. – Szef twierdzi, że teraz nie stać ich na pracowników. A to jest duża restauracja, przy stadionie miejskim – opowiada.

– Pracują z nami studenci, którzy zostali bez dochodów, a przecież wynajmują mieszkania, niektórzy mają pozaciągane kredyty. To jest wielka spółka, a nas mają gdzieś, bo pracujemy na umowy-zlecenia – mówi wyraźnie rozgoryczony. – To się skończy sądem pracy – zapowiada.

Karol wspomina o wypłatach postojowego, ale żaden z moich kolejnych rozmówców nie ujrzał jeszcze nawet złotówki, mimo że ich pracodawcy raczej się ze swoich obowiązków wywiązywali. Wielu młodych ludzi zostało bez środków do życia, wielu zdecydowało się więc w tym czasie wyjechać do rodziców.

Agnieszka: Od dwóch miesięcy siedzę u rodziców w Białymstoku

Agnieszka łączy studia z pracą w krakowskiej kawiarni przy ulicy Grodzkiej. To najbardziej zatłoczony szlak turystyczny w mieście, ulica Grodzka łączy bowiem Stary Rynek z Wawelem.

Koronawirus w Polsce. Restauracje znowu otwarte. Na jakich zasadach?

– Opieramy się na turystach, to 80 proc. naszych klientów, więc gdy granice zostały zamknięte, ruch spadł niemal do zera. Na początku szef próbował robić jakieś wynosy, ale szybko przestało się to opłacać. Teraz je wznowił, no ale od 18 maja planujemy już się otwierać – opowiada.

– Jak większość moich znajomych, którzy pracują w gastronomii, gdy tylko dowiedziałam się, że nie ma już opcji bym mogła pracować, spakowałam się i wyjechałam do domu. Od dwóch miesięcy siedzę w domu w Białymstoku – rozmawiamy jeszcze przed weekendem.

– Gdybym nie mogła wrócić do domu, to byłabym pozbawiona środków do życia, bo nie mam żadnego stypendium, jak większość studentów utrzymuje się z pracy w gastro – dodaje.

– A postojowe? – dopytuję.

– Od trzech tygodni czekamy na jakieś pieniądze. Menadżerka mówi, że jest kilkanaście tysięcy wniosków w kolejce i że trzeba się uzbroić w cierpliwość. Od szefa żadnego wsparcia finansowego nie dostaliśmy, za to już są pogłoski, że będzie ucinał stawki – mówi.

– Nieciekawie – wtrącam.

– Menadżerka mówi też, że mamy się szykować na jedną zmianę w tygodniu, bo może nie być ruchu, więc ja nie wiem jak to będzie – dodaje.

– A na jakiej umowie pracujecie?

– Na zlecenie. Umowę o pracę ma tylko menadżerka i pracownicy z Ukrainy, bo oni potrzebują papieru do karty pobytu – wyjaśnia.

– Myślisz, że będziecie mieli bezpieczne warunki pracy? – zmieniam temat.

Oto dlaczego nie powinniście jeszcze rezerwować wakacji

– A to już zależy od szefa. Gdy wszystkie kawiarnie się zamykały, on chciał jeszcze na siłę ciągnąć, ale środków dezynfekujących to już nam nie zapewnił. Musieliśmy przynosić własne. Mam nadzieję, że czegoś w trakcie lockdownu się nauczył, przecież bezpieczeństwo opiera się na odpowiedzialności. Poza tym będzie musiał spełniać wszystkie wymogi.

– Jakie?

– Tego dokładnie to jeszcze nie wiem – mówi. – Jak na razie nie wiem, jak to wygląda w Krakowie, bo nie ma mnie w mieście, ale mam nadzieję, że wszystkiego się dowiem, jak już wrócę. Będzie ciężko, ale cieszę się, że wracam do pracy, bo te dwa miesiące siedzenia w domu były dla mnie trudne. Ja potrzebuję ludzi, kontaktu.

Agnieszka słyszała pogłoski o cięciach stawek, a Katarzyna już wie, że za każdą godzinę pracy będzie dostawać dwa złote mniej. I najchętniej to do tej restauracji by nie wracała, ale chowa dumę do kieszeni, bo czasy są, jakie są, a ta branża nie należy do najprzyjaźniejszych wobec pracownika. I zawsze można trafić gorzej.

Patrycja: chowam dumę do kieszeni i wybieram mniejsze zło

– Po 13 marca zostaliśmy najpierw zamknięci na dwa tygodnie, a potem wszyscy zostaliśmy zwolnieni. U nas kilka osób ma umowę o pracę, a reszta zlecenia. Ci właśnie polecieli.

– Czyli jesteś bez pracy?

– No teraz dostaliśmy informację, że kto chce wrócić do pracy, to od poniedziałku może.

– I co zrobisz?

– Wrócę. Uważam, że właściciele postąpili wobec nas nie fair, ale gastronomia w naszym kraju w ogóle nie jest fair. Nie ma dobrych umów, jest duży wyzysk. Myśleliśmy żeby nie wracać do tego miejsca, ale jednak chowamy dumę do kieszeni, bo po prostu jesteśmy bez pracy. Przynajmniej możemy pracować z ludźmi, których lubimy, a w innym miejscu warunki mogą być jeszcze gorsze. Wolę wybrać mniejsze zło – argumentuje.

– Ale ogólnie to cieszę się, że wracamy do pracy i powoli wracamy do normalności, bo wreszcie zaczniemy zarabiać – dodaje.

– Nie boisz się zarażenia?

– Bardziej obawiam się skutków ekonomicznych i gospodarczych, które już wszyscy odczuwamy, o zdrowie tak bardzo się nie martwię. W grupie ryzyka są osoby starsze, często z innymi chorobami. I owszem, choruje dużo ludzi, ale patrząc procentowo, to jednak nie są duże liczby. Uważam, że trzeba po prostu wrócić do pracy, oczywiście z zachowaniem wszelkich środków ostrożności – mówi.

– No właśnie, a jak te środki będą wyglądać?

– Na pewno będziemy pracowali w przyłbicach i rękawiczkach, na pewno będzie mniej stolików i na pewno będziemy je dezynfekować po każdym kliencie, a więcej to dowiem się w sobotę – mówi.

– Na ostatnią chwilę – zauważam.

– Gastronomia lubi działać na ostatnią chwilę, ale z drugiej strony większość ludzi powyjeżdżała w rodzinne strony, więc pewnie i stąd taki termin. By wszyscy zdążyli wrócić – wskazuje.

– Ja też musiałam na ten czas wyjechać. Musiałam zrezygnować z mieszkania, bo nie było mnie stać na wynajem. Właśnie jestem w drodze powrotnej do Krakowa – dodaje.

– Słyszałaś, że mogą ciąć stawki? -pytam, o to, co mówiła mi Agnieszka.

– Tak, my wiemy już, że stawka u nas poszła o dwa złote w dół – z 13 do 11 złotych. Plus na pewno będą mniejsze napiwki, bo będzie mniej klientów. A my kelnerzy z tipów wyciągamy drugą pensję – szacuje.

Katarzyna: Klub pod Jaszczurami jest gotowy

– Trzeba sobie jasno powiedzieć, że zarobki w gastronomii przez długi czas nie wrócą do normy – mówi Katarzyna, menadżerka z krakowskiego Klubu pod Jaszczurami. – Zmniejszamy liczbę godzin, więc każdy będzie troszkę mniej pracował, ale wynagrodzenie zostaje na tym samym poziomie. Nie zamierzamy obniżać stawek – zapewnia.

Katarzynę, tak jak każdego pytam, jak przetrwała lockdown.

– Od 14 marca mieliśmy przestój ekonomiczny – wyjaśnia fachowo. – Działaliśmy tylko na Facebooku, żeby ludzie o nas nie zapomnieli i żeby coś się działo. Teraz szykujemy się do otwarcia 18 maja i mam nadzieję, że wszystko się powoli jakoś rozkręci – dodaje.

– A co w tym czasie z pracownikami? Czy były jakieś zwolnienia?

– Zwolnień nie było, ale jako że jesteśmy gastronomią w Krakowie, to najwięcej mamy pracowników na umowę-zlecenie, czyli studentów. Tu wiadomo, że rozliczenie wyglądało inaczej. Ci co mieli umowę o pracę zachowali ją w takim samym wymiarze, a ci co mają zlecenia, w tym czasie niestety nie zarabiali – wyjaśnia i dodaje, że klub złożył wnioski o postojowe.

– Na razie czekamy na odzew – mówi.

– To jak to ma wyglądać od poniedziałku?

– Ruszamy w zmniejszonym składzie, bo i stolików będzie mniej oraz nie będzie naszych jaszczurowych wydarzeń, które ściągały najwięcej klientów, czyli koncertów, spotkań, debat. Na razie będzie tylko kawiarnianie, ale mamy nadzieję, że niedługo wrócą i wydarzenia – opowiada.

Dopytuję o skład.

– Skład zmniejszy się o ponad połowę. Na zmianie będzie pracowało 2-3 osoby. Dla porównania, przed epidemią w weekendy potrafiło pracować na zmianie: czterech barmanów, dwie pomoce barmańskie i dwie kelnerki – a to sama obsługa baru – mówi.

Patrycja już wie, jakie będą środki bezpieczeństwa. I jest ich całkiem długa lista.

– Przeczytaliśmy dokładnie zalecenia i już dziś rozstawialiśmy stoliki, żeby się wszystko zgadzało – z Patrycją rozmawiamy w piątek, wczesnym popołudniem.

– Będzie płyn do dezynfekcji rąk w łazienkach i ręczniki jednorazowe. Suszarek nie wolno. Obsługa będzie pracować w maseczkach. Stoliki będą dezynfekowane, tak samo krzesła, karty menu, wszystko co ma kontakt z ludźmi, a na stolikach za każdym razem pojawi się informacja, że miejsce zostało odkażone. Będziemy też dezynfekować części wspólne, blat baru, poręcze, klamki – po kilkanaście razy dziennie, na bieżąco. No i oczywiście odkażanie toalet – wylicza.

– Brzmi, jakby pracownikom przybywało obowiązków – zauważam.

– Tak, załodze przybywa obowiązków – zgadza się Patrycja. – Dlatego bardzo elastycznie podchodzimy do obsady. Jeśli mimo zmniejszonej ilości stolików i mniejszego ruchu, będzie zbyt dużo pracy – to będziemy ekipę powiększać. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ściągnąć kogoś do pomocy, nawet tego samego dnia, tak żeby było bezpiecznie i żeby nasi goście dobrze się czuli – wyjaśnia.

Patrycja przekonuje, że jej załoga nie narzeka na samopoczucie.

– Zobaczymy, jak na otwarcie zareagują mieszkańcy Krakowa, czy będą jacyś turyści, ale nasi ludzie nie mogą się doczekać powrotu do pracy. Te dwa miesiące to było bardzo długo. Zaczynamy z pełnym entuzjazmem i mamy nadzieję, że wszytko będzie dobrze, choć wszyscy sobie zdają sprawę, że będzie trudniej – przyznaje.

Marta: Ja jednak do knajpy wolałabym nie wracać

Marta jest baristką i kierowniczką zmiany w śniadaniarni w warszawskim śródmieściu. Jak wszędzie w gastronomii, tak i u niej większość osób pracuje na śmieciówkach.

– Gdy wybuchła epidemia, po prostu odesłano nas do domów. W pracy zostały tylko osoby, które mają umowę o pracę, czyli menadżerowie. Oni obsługiwali zamówienia na wynos, a reszta została bez żadnych godzin pracy – opowiada. – Sporo pracowników jest z Ukrainy i wiem, że wielu z nich musiało wrócić do siebie, bo po prostu nie byli w stanie się w Polsce utrzymać – dodaje.

– Pracodawca nie chciał wam jakoś pomóc?

– Powiedział, że nic nie może zrobić. Podesłał nam tylko do wypełnienia wnioski do tarczy. Pieniądze być może dotrą – ale na razie nie dostaliśmy nic – opowiada.

Patrycja o powrocie do pracy wiedziała już wszystko, Marta nie wie nic i to budzi jej wyraźny niepokój.

– Dostaliśmy wstępną informację, że 18 maja wracamy – ale nie wiemy do końca w jakiej formie. Ile będzie stolików, ile osób potrzebnych? To dość duża knajpa, więc na zmianie pracowało ok. 10 osób. Myślę, że będzie znacznie mniej ludzi – domyśla się.

– A wiecie już coś o środkach bezpieczeństwa?

– Jak na razie nie padło nawet jedno słowo – mówi, a rozmawiamy w czwartek.

– My pracowaliśmy do końca i żadnych środków ochrony nie dostaliśmy. Jeden płyn do przecierania klamek na cały lokal, a dla nas żadnych maseczek, czy rękawiczek. Obawiam się, że teraz może być podobnie – dodaje.

– O samym obcinaniu stawek nic nie słyszałam, ale zupełnie inną sprawą są napiwki – mówi i wskazuje, że nie tylko zmniejszony ruch może tu być problemem. – Pewnie będą wyłącznie płatności bezgotówkowe, a Polacy nie są przyzwyczajeni do zostawianiu napiwków na karcie. A napiwki to spora część naszych zarobków – zwraca uwagę.

– Czyli wracasz do pracy – doprecyzowuję.

– Niestety tak. Pracuję też jako wolny strzelec na planach filmowych – Marta jest studentką ASP. – Ale zlecenia się skończyły – wyjaśnia. – Gdybym mogła, to nie wracałabym do knajpy, bo martwię się, czy będą przestrzegane wszystkie środki bezpieczeństwa – wyznaje.

Wojtek: Ja się nie boję, ale nie uważam, że otwieranie knajp teraz, to dobry pomysł

Wojtek pracuje na krakowskim Kazimierzu, teraz jak wielu innych wrócił do domu. Lockdown przeczekał w Warszawie, starał się jakoś dorabiać, np. dając korepetycje. Mimo że z Krakowa wyjechał, to za wynajem mieszkania dalej płaci. Mówi mi, że mocno dostał po kieszeni.

– Zamknęliśmy, jak tylko wyszło zarządzenie – to był chyba piątek. W sobotę miałem iść do pracy, ale dostałem wiadomość na messengerze, że nie otwieramy, bo nie wolno. I koniec – mówi.

– Do końca kwietnia robiliśmy jakieś prace porządkowe, inwentaryzacje. Szefowie po prostu poszli nam na rękę, dostawaliśmy pieniądze za pełen dzień pracy. Tylko, że ten lokal ciężko porównywać z innymi miejscami, bo on nie musi zarabiać. Byle tylko wyjść na zero – tłumaczy.

– Ludzie z którymi rozmawiam, mówią mi, że nic jeszcze nie wiedzą na temat powrotu, a to przecież za chwilę. Jak to jest u was? No i czy nie boicie się wracać? – dopytuję.

– Teoretycznie mamy wracać od piątku, czyli od 22 maja i na razie nic jeszcze nie wiemy, ale tak naprawdę to mamy jeszcze dużo czasu. Na pewno będziemy się stosować do zaleceń rządowych – mówi.

– A czy się boimy wracać? Wiesz, wszyscy jesteśmy ludźmi młodymi, czterech barmanów i menadżer, są poniżej 30. roku życia, więc nie jesteśmy w grupie ryzyka – mówi i dodaje: – Ja przynajmniej się nie boje, ale oczywiście nie uważam, że to dobry pomysł, by teraz otwierać lokale, zwłaszcza jak widzę, co się dzieje i jaki mamy wzrost zachorowań na Śląsku.

Joanna: Nie tylko ja będę zagrożona

Joanna zaczęła z gastronomią jeszcze w Krakowie, gdzie pracowała w kinokawiarni. Teraz pracuję w Warszawie, na Starym Mokotowie. Do pracy ma blisko z domu, więc jest to duży plus w dużym mieście.

– Z tego co wiem, u nas nikt pracy nie stracił. 13 marca menadżerka poinformowała nas, że zostajemy zamrożeni. A teraz zostaliśmy zaproszeni do współpracy od poniedziałku, ale na jakich warunkach – nie wiem – mówi.

Pytam o pieniądze, choć domyślam, się że odpowiedź mnie niczym już nie zaskoczy.

– Wsparcia finansowego od pracodawcy nie dostaliśmy, ale już na początku kwietnia menadżerka zaproponowała nam pomoc w staraniu się o zapomogę z ZUS-u. Wysłała nam wniosek, wytłumaczyła jak go wypełnić – choć nas dotyczył tylko jeden podpunkt, no i trzeba było się podpisać – śmieje się.

– I co? – pytam.

– I czekam na to postojowe. Ale nie oczekuję że pieniądze dostanę w najbliższym miesiącu – mówi. – Ćwiczę cierpliwość – dodaje.

– A jak się utrzymujesz?

– Jak typowa studentka, jestem na utrzymaniu rodziców – wyjaśnia.

Zmieniam temat. – Wszyscy wracacie do pracy?

– Jeśli ktoś nie czuje się na siłach, albo nie chce ryzykować – to może na razie nie wracać, ale z tego co wiem, nikt się na to nie zdecydował. Ludzie reagują z entuzjazmem i zgłaszają pełną dyspozycyjność. Jak na razie chyba ja mam największe obawy – mówi.

– Przed czym?

– Nie ukrywam, że chciałabym poznać już wszystkie wytyczne oraz informacje dotyczące warunków pracy, chociaż nie oczekuję, że będziemy przestrzegać np. odległości dwóch metrów od siebie, bo to abstrakcja, ale wiesz – od dawna jestem zmuszona chodzić do zatłoczonych marketów, muszę chodzić po zatłoczonych chodnikach, więc mój strach i lęk przed zachorowaniem – w porównaniu do tego, jak czułam się w marcu – jest już zupełnie inny niż na początku epidemii – wyjaśnia.

– Nie tylko ja będę wystawiona na zagrożenie – dodaje.

Marcin: nas to trochę zaskoczyło

Marcin prosi o telefon pod wieczór. “Wielkie przygotowania pod otwarcie teraz” – pisze. Dzwonię po 20. Ma wyraźnie zmęczony głos.

– Myśleliśmy, że to odmrożenie będzie w czerwcu i że pozwolą otworzyć tylko ogródek – mówi. – Musimy więc pospieszyć się z porządkami – dodaje.

– Jak przeżyłeś lockdown?

– Cały czas chodziliśmy do pracy. Sprzątaliśmy, żeby jakoś przeżyć. Zarobki nam pospadały, ale szef i tak płacił więcej, niż by to wynikało z realnie przepracowanych godzin. Wyszedł z założenia, że skoro ma ekipę, to coś jej do roboty znajdzie, żeby nie stracić ludzi – mówi.

Myślę o obawach poprzednich rozmówców. – Nie boicie się wracać do pracy?

– Jesteśmy zaskoczeni, że nie trzeba będzie u nas w lokalu nosić maseczek. W sklepach trzeba, a w lokalach nie, ale pracują u nas ludzie w większości młodzi, więc ryzyko zachorowania jest niewielkie. Są nakazy, ale wiadomo, wszystko zależy od tego, jak ludzie będą do tego podchodzić. U nas w lokalu jest podawany alkohol, więc może być więcej sytuacji nerwowych. Ktoś za dużo wypije i trzeba będzie mu coś tłumaczyć, albo kogoś wypraszać – opowiada.

– Na pewno będzie więcej obowiązków. Będziemy musieli dbać o bezpieczeństwo, wszystko odkażać. To jest jak najbardziej potrzebne, ale wiadomo – jest to też więcej pracy. Wszystko trzeba zorganizować, a czasu nie dużo, więc wszystkie ręce na pokład – opowiada.

– Skoro będzie więcej pracy, to i zarobki powinny być większe – zauważam.

– Premii się na pewno nie spodziewamy, ale u nas akurat latem są zawsze mniejsze utargi, bo studenci wyjeżdżają. Teraz na pewno będzie słabiej, ale myślę, że nawet byśmy tej premii nie oczekiwali, w końcu szef cały czas nam płacił. Tu nie można złego słowa powiedzieć – mówi.

– A nie boisz, się że szef stawki obniży?

– To już zależy od ruchu, a na pewno będzie gorzej więc nie będzie też napiwków. Nie spodziewamy się dobrych zarobków – mówi.

żródło:

Zobacz więcej

Sport

Media: Pierwszy transfer PSG w lecie! Zastąpi odchodzącego piłkarza

Mistrz Francji od wielu tygodni intensywnie przeczesuje rynek transferowy w poszukiwaniu wzmocnień przed nowym sezonem. Rozgrywki Ligue 1 zostały przerwane i oficjalnie zakończone po rozegraniu 28. kolejek ze względu na pandemię koronawirusa. Zobacz wideo Bundesliga.

Newsy

Jarosław Kaczyński o wyborach prezydenckich: “Ostatni termin…”

© screen z transmisji Jarosław Kaczyński Prezes PiS Jarosław Kaczyński w dzisiejszym oświadczeniu podkreślił, że wybory w Polsce powinny zostać przeprowadzone najpóźniej 28 czerwca 2020 roku. – Wybory będą przeprowadzone, jeżeli będą jakieś próby przeciwstawiania

Newsy

“Doucz się”. Młynarska ostro do Hołowni

© PAP / Marcin Kmieciński Paulina Młynarska Te czasy minęły Szymon. Doucz się. A może raczej oducz: pogardy wobec tego co żeńskie – napisała na Facebooku Paulina Młynarska. Słowa te skierowała do kandydata na prezydenta