Nawet Włosi nie mają litości dla Ferrari. Kompromitacja! “Książe opuścił kurtynę”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Po inaugurującym nowy sezon GP Austrii Ferrari wiedziało, że ich sytuacja jest trudna. Tempo było zbyt wolne, wyniki w kwalifikacjach słabe, a w wyścigu tylko połowicznie zadowalające. Ale takiej kompromitacji, jak w GP Styrii nikt się nie spodziewał. Rywalizacja zakończyła się dla obu kierowców po pierwszym okrążeniu i zderzeniu wywołanym fatalnym manewrem Charlesa Leclerca. Monakijczyk z “księcia” i “cudotwórcy” po tygodniu stał się tym, który “opuścił kurtynę”. Włoskie media po dwóch wyścigach twierdzą, że dla zespołu z Maranello to tak naprawdę już koniec sezonu. 

Zobacz wideo Co z Kubicą w przyszłym sezonie? [F1 Sport #23]

Książę Leclerc, w trakcie GP Austrii Vettel jeździł na ośle, a nie bolidem

GP Austrii było dla Ferrari znakiem ostrzegawczym. Najpierw okazało się, że ich bolid prezentuje słabe tempo w kwalifikacjach, wskutek czego Sebastian Vettel zajął w nich jedenaste miejsce i nie awansował do Q3. Później Niemiec obrócił się w trakcie wyścigu i spadł na koniec stawki. Nieco inaczej wyglądała sytuacja Charlesa Leclerca, który startował z siódmego pola, skorzystał na chaosie na torze i ostatecznie zajął świetne, drugie miejsce, przegrywając tylko z Valtterim Bottasem z Mercedesa. 

Leclerca nazywano we włoskich mediach “księciem”, a jego wyczyn “cudem”. Kibice zastanawiali się, czy kierowcy Ferrari jeździli bolidami, czy na osłach – tak wyraźne były problemy ze sterowaniem modelami SF1000 przygotowanymi na ten sezon. Początkowo zespół planował wprowadzić pierwsze poprawki do samochodu na Węgrzech, ale usprawnienia przywieziono już na drugi weekend na Red Bull Ringu – Grand Prix Styrii. Miały dać różnicę szczególnie w tempie wyścigowym, więc kluczowym dla teamu było dojechanie do mety. 

Najgorszy scenariusz

W kwalifikacjach niewiele uległo zmianie – tym razem to Leclerc nie awansował do Q3, a Vettel zajął dziesiąte miejsce. Forma była tak samo słaba jak tydzień temu, ale zespół oczekiwał lepszych osiągów podczas wyścigu. Ten dla obu kierowców zakończył się jednak w trzecim zakręcie podczas pierwszego okrążenia. Na zbyt optymistyczny manewr pozwolił sobie Leclerc, który zaatakował Vettela i obaj kierowcy się zderzyli. Samochód Francuza podbiło w powietrze na tarce i nieszczęśliwie wylądował na tylnym skrzydle bolidu Niemca. Zostało kompletnie zniszczone, a to oznaczało koniec wyścigu dla czterokrotnego mistrza świata. Zniszczenia u Leclerca wydawały się mniejsze, ale na piątym okrążeniu on także musiał zrezygnować z dalszej jazdy. 

Gorszego scenariusza dla Ferrari nie dało się przewidzieć. Nie dość, że sami odebrali sobie szansę na dobry wynik i punkty, to przez tak wcześnie zakończoną rywalizację nie było szansy, żeby sprawdzić osiągi pakietu poprawek zamontowanego w samochodach. Kompromitacja zespołu stała się najpopularniejszym tematem dyskusji w świecie F1 po pierwszych dwóch wyścigach. – Powiedziałem już zespołowi, że mogę jedynie przeprosić, ale to i tak za mało. To mój błąd. Zachowałem się jak dupek. Dzisiaj spie***liłem wszystko – mówił po zderzeniu Charles Leclerc

“Ferrari zdradził nawet cudotwórca”

Włoskie media były bezlitosne. “Tuttosport” w poniedziałek napisało, że “Ferrari już przegrało ten sezon. Nie ma samochodu, filozofii ani kierowców. Nadeszła ciemność”. – Ferrari zdradził nawet cudotwórca, a zespół wydaje się zagubiony bez żadnej perspektywy na sezon, który skręcił w złą stronę. Charles Leclerc w zeszłym tygodniu doprowadził na podium ten mierny samochód, a w niedzielę to Monakijczyk obnażył słabości zespołu swoim nieodpowiedzialnym i bezużytecznym manewrem – opisywał dziennikarz “La Gazetta dello Sport”, Andrea Cremonesi.

Największy włoski dziennik sportowy dodawał, że “Leclerc opuścił już kurtynę”, a “bolid SF1000 nie ma przyszłości”. To wszystko po dwóch wyścigach. Tych, w których według zapowiedzi Ferrari miało pokazać walkę, determinację obu kierowców i rywalizować z dwoma głównymi siłami stawki – Mercedesem i Red Bullem. Powoli można jednak obstawiać, że nie zakończą mistrzostw świata konstruktorów na podium. Kurs na wygraną Ferrari w tej klasyfikacji w tym momencie wynosi 100. Tytuł mistrzowski dla Charlesa Leclerca? 50. Sebastiana Vettela? 250. “Kończą nam się memy” – przyznają kibice śmiejący się z postawy zespołu na Twitterze.

Binotto: Czas na pracę w zjednoczonym zespole 

Po wyścigu o GP Styrii media mogły liczyć jedynie na krótkie wypowiedzi obu kierowców, którzy na parę minut pojawili się w strefie mieszanej. Nagrano sytuację, w której rozmawiają ze sobą o zderzeniu. Mimo przeprosin Leclerca nie wyglądało, jakby Vettel mu przebaczył. 

Chwilę później odwołano zaplanowaną na popołudnie wirtualną konferencję prasową. “To znaczy dla nas więcej niż jakiekolwiek słowo podczas niej” – pisali zaproszeni dziennikarze. – Mam dużo do powiedzenia swoim kierowcom po tym wyścigu. Wszyscy czuliśmy ból po pierwszym okrążeniu. To było najgorsze zakończenie dla już i tak bardzo złego weekendu dla nas – komentował sytuację w Ferrari szef ekipy, Mattia Binotto dla telewizji Sky Sports. – Myślę, że to nie czas na oskarżenia, ale pracę w zjednoczonym zespole – tłumaczył. Kolejna szansa na zatarcie złego wrażenia już w przyszły weekend 17-19 lipca podczas GP Węgier na torze Hungaroring. Wiele wskazuje jednak na to, że czeka nas kontynuacja największej kompromitacji Ferrari od lat.

Przeczytaj także:

Zostaw komentarz