Najlepsze powieści na czas izolacji

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Numer 1

Tytuł: Czasami wielka chętka

Autor: Ken Kesey
Tłumaczenie: Jerzy Łoziński
Wydawnictwo: Rebis

Po fenomenalnym “Locie nad kukułczym gniazdem” Ken Kesey zapragnął najwyraźniej napisać #WielkąAmerykańskąPowieść i chyba nawet mu się to udało. “Chętkę” czytałem z piętnaście razy i za każdym razem wciągam się w historię rodziny Stamperów od razu. Od razu, bo wiem, co będzie za chwilę, na kolejnych stronach, trzeba bowiem przyznać, że wstęp raczej odpycha, niż przyciąga – i wielu znajomych, którym tę powieść polecałem, nie potrafiła dać jej szansy. Tymczasem uważam, że taką szansę dać jej należy, bo historia rodziny Stamperów jest co najmniej świetna. Całość jest też fenomenalnie napisana, pokazując wiele wydarzeń z wielu perspektyw naraz (znajdziesz w tej książce fragmenty, które wymagać będą od Ciebie sporej uwagi, obok czcionki regularnej znajdować się będzie bowiem również kursywa, pogrubienie, fragmenty zdań w nawiasach itd. – a każdy z tych stylów odpowiadać będzie głosowi innej postaci).

Właśnie, postaci. Tak świetnie rozpisanych bohaterów wielu w literaturze pięknej (albo popularnej, oba określenia należałoby wyrzucić do kosza) nie ma. Rodzina Stamperów, która pokolenie za pokoleniem przenosi się coraz bardziej na Zachód, aż ląduje gdzieś w Oregonie, to nie zbiór figur, tylko pełonokrwiści mężczyźni i kobiety, wszyscy ze swoimi motywacjami. Kupuje się ich w całości, ufa się ich wyborom w pełni, nawet jeśli początkowo wydają się one raczej mało prawdopodobne. Kesey jednak w ogóle się nie spieszy, oddając im głos, pozwalając sobie na wiele retrospekcji (czas w “Chętce” płynie w zasadzie tak, jak chce), świetnie zarysowując konflikt między dwoma przyrodnimi braćmi. Ach, czego w tej książce nie ma. Ponad siedemset stron czystego dobra.

PS. Ostatni raz “Czasami wielką chętkę” w Polsce wydał Rebis i było to dobrych kilkanaście lat temu. Przydałoby się wznowienie i jakieś solidne wydanie w twardej oprawie.

Numer 2

Tytuł: Cmentarzysko bezimiennych statków

Autor: Arturo Pérez-Reverte
Tłumaczenie: Joanna Karasek
Wydawnictwo: Muza

Po pierwsze, ktoś tu przeszarżował z wyborem tytułu polskiego wydania. Oryginalnie powieść nazywa się “La carta esférica”, czemu zdecydowanie bliżej do mapy morskiej, mapy nieba albo mapy po prostu i nie trzeba tu translatorskich zdolności, tylko dwudziestu sekund w internecie. Rozumiem jednak, że miało być bardziej dramatycznie, bardziej tajemniczo, bardziej przygodowo. Szkoda tylko, że przy okazji wyszło groteskowo albo nawet śmiesznie, przez co powieść Reverte lepiej czytać albo na czytniku, albo w oprawie z papieru pakowego, inaczej łatwo narazić się na raczej pogardliwe spojrzenia w tramwaju czy pociągu. Ach, zapomniałbym, wszyscy czytamy teraz w odosobnieniu. OK, w takim razie nie ma problemu.

“Cmentarzysko” to rasowa przygoda. Jest skarb, na zaginionym zresztą wraku, rzecz jasna, jest tajemnicza kobieta, za którą szalej główny bohater, jest ten zły, ten dobry, jest nawet i brzydki. Są też zwroty akcji, jezuici, odrobina historii, ogromna porcja fantazji, a czyta się to wszystko od deski do deski jednym tchem. Jeśli w dzieciństwie marzyłeś o przeżyciu wielkiej przygody, pokochasz i znienawidzisz tę powieść błyskawicznie. I będziesz do niej często wracał; zimą albo podczas kolejnych pandemii.

Zwłaszcza, że Pérez-Reverte potrafi budować narrację, potrafi zbudować fajnych bohaterów, nieźle rozpisać dialogi, ale mistrzem to on jest, gdy przychodzi do zabawy konwencją i tekstem w ogóle. Każdy rozdział zaczyna się tu cytatem z klasyki, nawiązań do arcydzieł i książek raczej zapomnianych jest tu w ogóle sporo, co tylko zwiększa frajdę z lektury. Jedyny zgrzyt to zabieg z narratorem, identyczny jak w “Klubie Dumas” tego samego autora.

żródło:

Zostaw komentarz