“Nadgorliwi biurokraci ścigają się w odgadywaniu, co prezesa PiS zadowoli”

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

© Fotorzepa, Jerzy Dudek

[Uwaga od redakcji: Opinie w tym artykule są opiniami autora, opublikowanymi przez naszego partnera, i nie reprezentują poglądów Microsoft News ani Microsoft]

Doszliśmy do sytuacji, w której nadgorliwi biurokraci na różnych szczeblach ścigają się w odgadywaniu, co prezesa PiS zadowoli, a co nie – pisze publicysta.

“Kiedy słowa tracą znaczenie, ludzie tracą wolność” – ta przypisywana Konfucjuszowi sentencja bywa bardzo często interpretowana jedynie na modłę bliską rzeczywistości Orwellowskiej. Władza manipuluje bowiem znaczeniami słów takich jak „demokracja”, „sprawiedliwość”, „równość” czy wreszcie „wolność”, a to prowadzi do dezorientacji i utrwalenia konkretnego porządku społecznego.

Problem w tym, że możliwa jest jeszcze inna interpretacja – i wszystko wskazuje na to, że jesteśmy jej świadkami. Dotyczy to magicznej funkcji pojęć takich jak „dyktatura”, „autorytaryzm” czy „faszyzm”. Słowa te przez ostatnie 30 lat były w polskim dyskursie publicznym zdecydowanie nadużywane. Mało kto pamięta o tym, że rozłamy w łonie Solidarności na przełomie lat 80. i 90. generowały podobną „brutalizację języka politycznego”, z jaką mamy do czynienia również dziś, a kreowane wówczas topografie sceny politycznej wydają się dziś kuriozalne (z Lechem Wałęsą jako duchem Czarnej Sotni na czele). 

Inwektywy odnoszące się do autorytaryzmu i dyktatury nie są więc rzeczą nową. Dziś jednak mamy do czynienia ze zjawiskiem znacznie ciekawszym: samospełniającą się przepowiednią z nich płynącą.

Już w 2005 roku, kiedy Platforma Obywatelska i PiS nie doszły do porozumienia w kwestii sformowania rządu (na czele którego miał stanąć Jan Maria Rokita), rozpoczęła się medialna kampania na temat antydemokratycznych, „nacjonalistycznych”, „klerykalnych” zapędów Prawa i Sprawiedliwości. Wspominam o tym dlatego, że wówczas nie było jeszcze żadnych faktów, które mogłyby o tym świadczyć – a mimo to przez dwa lata istnienia rządu PiS powtarzano te argumenty w nieskończoność. Ta narracja wyznaczała klimat również przez następne osiem lat rządów PO. Kiedy PiS z powrotem przejął władzę, kampania pod tytułem „autorytaryzm i łamanie demokracji” wystartowała z wysokiego „c”.

Przez ostatnie pięć lat żyjemy więc w antydemokratycznym, autorytarnym reżimie, a przynajmniej takie właśnie pojęcia nieustannie tę sytuację opisują. Przez pięć lat, w ciągu których nie zostały zamknięte opozycyjne media, nie zostali aresztowani działacze opozycyjnych partii, a co więcej, opozycja regularnie manifestuje na ulicach. Dyskurs polityczny natomiast to nie film Hitchcocka – jeżeli rozpoczniemy od trzęsienia ziemi, to napięcie nie tylko nie będzie rosło, ale będzie trudno nawet utrzymać je na niezmienionym poziomie.

Właściwie jedyna bezprecedensowa zmiana, jaka nastąpiła w stylu prowadzenia władzy za rządów PiS, dotknęła media publiczne. Obiektywizm mediów publicznych zawsze był pustym pojęciem, ale PiS z pustoty tego pojęcia uczynił groteskę. Mógł to zrobić właśnie dlatego, że cały arsenał krytycznych pojęć został wyczerpany na przełomie 2015 i 2016 roku. Otwartym pytaniem pozostaje, kto tego tak naprawdę chciał?

O ile bowiem w przypadku zbudowania specyficznej retoryki „Wiadomości” TVP cele polityczne głównego architekta rządów PiS można łatwo odgadnąć, o tyle ostatnia sytuacja, w której władze radiowej Trójki zdejmują z notowań listy przebojów utwór krytyczny wobec Jarosława Kaczyńskiego, jest raczej absurdalna. Tu nie chodzi o „liberalne” czy „demokratyczne” wartości, nie chodzi też o etykę, ale o prosty realizm polityczny – posługując się znanym dictum Talleyranda: „to gorzej niż zbrodnia: to błąd”.

Bez wątpienia rząd ponosi za to zdarzenie polityczną odpowiedzialność. Jednak ważne jest coś innego: to nie jest objaw tego, że Jarosław Kaczyński ręcznie steruje mediami publicznymi. To zjawisko zupełnie inne: oto doszliśmy do sytuacji, w której nadgorliwi biurokraci na różnych szczeblach ścigają się w odgadywaniu, co prezesa PiS zadowoli, a co nie. Można postawić duże pieniądze, że Tomasz Kowalczewski z Jarosławem Kaczyńskim swojej decyzji nie konsultował – po prostu wydało mu się właściwe, żeby krytykę prezesa zawczasu zablokować.

Taki typ biurokraty jest rzeczywiście znany z każdego systemu despotycznego. Niewątpliwie jego istnienie jest bardzo na rękę każdej władzy, ponieważ w razie tego typu pomyłki można się go łatwo pozbyć. Nikt nie powinien być zaskoczony, jeżeli Kowalczewski niedługo poniesie konsekwencje nadgorliwości. Natomiast warto wskazać, że powstanie takiego charakteru jest w mniejszej mierze wynikiem samego klimatu wewnątrz danej partii czy rządu – ponieważ działania mniej sprawnych strategicznie biurokratów zawsze ograniczone są czynnikami zewnętrznymi – a w większej – samym utrwalonym wizerunkiem organizacji. Innymi słowy, jeżeli rząd i tak wprowadził już „faszyzm”, to dlaczego dany biurokrata miałby powstrzymywać się przed „faszystowskim” postępowaniem?

Czy będziemy obserwowali podobnych sytuacji więcej czy mniej, zależy od wielu czynników i trudno teraz to przewidzieć. Niewątpliwie jednak afera listy przebojów Trójki powinna być punktem zwrotnym refleksji na temat właściwej strategii opozycyjnej.

Zostaw komentarz