Mistrz olimpijski grał u Polańskiego i miał kabaret z Drozdą. Niesamowite życie Władysława Komara zakończone tragedią

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Tydzień z… to nowy cykl na Sport.pl, w którym codziennie przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 18 do 24 maja piszemy o najbarwniejszych postaciach w historii sportu.

– No to lepiej nie mogliście wybrać! Jako bardzo mocnego reprezentanta Polski można wystawić tylko świętej pamięci Władka Komara – śmieje się Andrzej Supron.

Zobacz wideo Piotr Lisek opowiada, co zyskał dzięki odpoczynkowi od treningów

Komar był mistrzem olimpijskim w pchnięciu kulą – to wiedzą wszyscy. Ale był też wicemistrzem Polski w rugby. I rekordzistą Polski w dziesięcioboju. I jeszcze młodzieżowym reprezentantem Polski w boksie, trenowanym przez wielkiego Feliksa Stamma. A wcześniej był bramkarzem w piłce ręcznej i na szkolnych boiskach spotykał się z Andrzejem Strejlauem. Natomiast później został aktorem m.in. Romana Polańskiego (Jesus w “Piratach”) i Juliusza Machulskiego (Uszat w “Kilerze”). Oraz partnerem Tadeusza Drozdy w kabarecie.

– Może pan dopisać, że był również zawodowym mistrzem świata w zapasach, a następnie trenerem amerykańskich wrestlerów! Na pewno w krajach byłego Związku Radzieckiego znajdzie pan ludzi, którzy to potwierdzą – śmieje się Supron.

Wrestler Władziu musiał iść w trenerkę

– To było tak: na przełomie lat 80. i 90 założyłem grupę Supron Stars. W USA zobaczyłem prawdziwy wrestling, zafascynowałem się i postanowiłem: robimy to u nas. Zebrałem grupę kulturystów i innych osiłków, a Władek idealnie mi pasował na lidera całego zamieszania – opowiada Supron. – Najpierw wskrzesiliśmy starą halę Gwardii. Kiedy okazało się, że z łatwością ją zapełniamy i że w innych polskich miastach też mnóstwo ludzi nas ogląda, to pojechaliśmy po bandzie. Nasze tournee po republikach Związku Radzieckiego trwało w burzliwym czasie, gdy te republiki uzyskiwały niepodległość. Całe ZSRR zjeździliśmy. Władka przedstawiałem jako mistrza olimpijskiego w pchnięciu kulą, który później wyjechał do Ameryki, wziął się tam za ich zawodowe zapasy i proszę: siłacz z Polski ich wszystkich pokonał, został mistrzem świata! – mówi były zapaśnik.

Tylko że Komar na mistrza wrestlingu się nie nadawał. Co z tego, że wielki i silny? Co z tego, że przeboksował cztery lata (od 15. do 19. roku życia) i wygrał wiele walk, zanim nokaut z ręki Włocha Giorgio Masteghina zakończył jego karierę w ringu? Wrestlera udawał tak nieudolnie, że Supron nie mógł na to patrzeć.

– Nie przychodził na treningi, więc ciągle był skopany, zbity, cały okropnie posiniaczony. We wrestlingu trzeba się nauczyć jak reagować na ciosy, jak się odsunąć, zastawić. Ale Władziowi uczyć się nie chciało. On wolał dostawać. No i przez tego miglanca trzeba było zmieniać scenariusz, bo jak to wyglądało, że mistrz, a ciągle przegrywa? Zrobiłem go więc trenerem Amerykańców. Język znał, radzieckim dziennikarzom udzielał wywiadów po angielsku. A że czegoś tam się jednak nauczył, to odgrywał też scenkę bójki z trenerem Niemców. To było tak, że jak Amerykańcy Niemców bili, to radziecka publika miała uciechę. A niemiecki trener się wkurzał, wpadał na ring i krzyczał “Nein! Nein!”. Wtedy do niego wskakiwał Władziu i zaraz po ciosie wypadał efektownie przez liny, bo akurat to miał opanowane. Później panowie trenerzy szarpali się poza ringiem, a widzowie mający ogromny głód Ameryki szaleli ze szczęścia – opowiada Supron.

Pewnego razu w Hollywood

Do prawdziwej Ameryki niespecjalnie się Komarowi spieszyło. A przynajmniej takie wrażenie mogli odnieść przedstawiciele Hollywood.

Ale po kolei. Po zakończeniu kariery sportowej Komar rozpoczął artystyczną. – Najpierw był teatrzyk Friko Prutkowskiego, ale właściwie w sztukach pięknych pomógł mi się rozsmakować, również w dosłownym znaczeniu, producent filmu “Ostrożnie, yeti”. Zaproponował mi mianowicie, żebym wystąpił jako dubler Cezarego Julskiego, który grał rolę dozorcy fok w warszawskim zoo. Po prostu miałem skoczyć do basenu i popływać z fokami. Skoczyłem do wody, a ponieważ był to grudzień, producent poczęstował mnie koktajlem składającym się z pół litra herbaty i butelki rumu. Uratowało mnie to nie tylko przed przeziębieniem, ale i niezwykle przychylnie nastawiło do dalszych prac w filmie – opowiadał Komar “Gazecie Wyborczej”. – Po “Tercecie na luzie” nastąpił bardzo pracowity okres, widocznie Pan Bóg uaktywnił moje liczne talenty. Czego ja nie robiłem! – mówił dalej.

Kabaret z Drozdą, śpiewanie na festiwalu piosenki w Opolu, występy na scenie krakowskiego teatru STU, udział w “Sherlocku Holmesie” kręconym w koprodukcji z Anglikami, wreszcie własny, trwający półtorej godziny, recital “Płaca za pracę” – tak rozwijała się kolejna kariera Komara. Pewnego dnia były mistrz odebrał telefon. – “Proszę pana – mówi męski głos – interesuje się panem Polański i chce, żeby pan przyjechał do Paryża. Nieraz mi dziwne figle płatali Drozda i Rewiński, więc wiadomość o Polańskim poczytałem sobie za głupi żart i odpowiedziałem: bardzo przepraszam, ale ja czekam na telefon od Spielberga. I odłożyłem słuchawkę. Telefon rozdźwięczał się jednak ponownie i ten sam głos powiedział: – Pan żartuje, a my poważnie! Polski Film zaprasza pana jutro w celu dopełnienia formalności, gdyż czasu pozostało niewiele” – opowiadał Komar na łamach “GW”.

Zaproszenie na zdjęcia próbne do “Piratów” dostał tydzień później. A za kolejne trzy tygodnie stanął przed Romanem Polańskim i podobno błyskawicznie zapewnił sobie przygodę życia. Reżyser miał poprosić, by Komar wyobraził sobie, że wisi nad nim widmo śmierci i żeby spróbował je odgonić. Aktor błyskawicznie padł na kolana i zaczął się modlić. – Co pan robi? – miał się zdziwić Polański. – No odganiam od siebie widmo śmierci! – odpowiedział Komar. – Ma pan rolę!

Rekord świata w oszukiwaniu rywali

Rolę życia odegrał jednak wcześniej, przed 70 tysiącami widzów na Stadionie Olimpijskim w Monachium.

Tam też były najpierw “zdjęcia próbne”. W trakcie eliminacji pewni siebie Amerykanie pchali wymagane odległości bez rozgrzewki i wracali do hotelu. Komar nie chciał być gorszy, ale że nie był aż tak pewny swego, zgłosił sędziemu, że musi skorzystać z toalety. Tam przeprowadził rozgrzewkę i dopiero po niej dał pokaz mocy w kole, uzyskując najlepszy wynik.

A jak było w finale? Oddajmy głos Władysławowi Kozakiewiczowi. “Organizatorzy przygotowali na treningi dwa rodzaje kul. Normalne, czarne, ważące 7 kilogramów, i białe, lżejsze o 2 kilo. Komar kupił w sklepie sprej i przemalował białą kulę na czarno. I na treningu ku przerażeniu rywali ze 25 razy “pobił” rekord świata. W konkursie olimpijskim w pierwszej próbie pchnął 21,18 metra i przez dwie godziny czekał, patrząc, jak rywale bezskutecznie atakują ten rezultat” – wspomina przyjaciel Komara w swojej książce “Nie mówcie mi jak mam żyć”.

Umowa na schabowe i zakład przy kieliszku

Fortel i fart? Fortel tak, mistrzowski. Ale Komar był też w Monachium w mistrzowskiej formie. Ciężko na nią pracował. Rozumiał, że to ostatnia szansa, żeby wykorzystać swoje możliwości. W 1972 roku miał już 32 lata.

Podobno dwa lata przed igrzyskami poszedł do prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego Włodzimierza Reczka i zdobył zgodę, by stołówka Ośrodka Przygotowań Olimpijskich przy Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie wydawała mu duże porcje mięsa, m.in. codziennie dwa kotlety schabowe. Kulomiot miał obiecać, że zwróci koszty, jeśli w Monachium nie zdobędzie medalu.

Na igrzyskach sportowiec i jego szef zakład jeszcze rozszerzyli. Pierwszego dnia imprezy złoty medal zdobył sztangista Zygmunt Smalcerz. Wieczorem działacze i sportowcy przy kieliszku fetowali sukces i w pewnej chwili mający wystartować dopiero za dwa tygodnie Komar stwierdził: “Ja też zdobędę złoto”. Jego słowa potraktowano raczej jako żart. Reczek miał wtedy powiedzieć: “Panie Władku, jeżeli pan zdobędzie złoty medal, to osobiście przyniosę panu śniadanie do łóżka”. A według innej wersji prezes miał obiecać nawet, że osobiście zaniesie Komara na śniadanie. Z tym zgodny jest fragment noty biograficznej Komara w serwisie pkol.pl. “W czasie dekoracji, podczas grania Mazurka Dąbrowskiego, mistrz olimpijski, ogromny mężczyzna uronił łzę. Widzieli to telewidzowie i oczywiście wybaczyli mu wszystkie “grzechy” z przeszłości. Następnego dnia rankiem mistrza olimpijskiego odwiedził w wiosce przewodniczący GKKF Włodzimierz Reczek, przynosząc mu do łóżka śniadanie. Widząc zdziwienie zawodnika powiedział: “Cóż to, zapomniał pan o naszej umowie? Przyrzekłem przecież, że jeśli będzie złoty medal, to ja pana zaniosę na śniadanie. Ponieważ i tak bym pana nie udźwignął, więc chociaż w części chciałem się zrehabilitować. Muszę przyznać, że w pański medal zupełnie nie wierzyłem” – czytamy tam.

Rozwód z Gomułką i Gierkiem

O tym, że Komar na sukces mocno zapracował zaświadczyła nawet jego pierwsza żona. – Nasze małżeństwo miało dwa okresy: przez dwa lata Władek przygotowywał się do igrzysk, a później przez dwa lata świętował zwycięstwo – miała gorzko powiedzieć Małgorzata Spychalska po tym jak wystąpiła o rozwód.

Rozstanie z córką marszałka Mariana Spychalskiego, przewodniczącego Rady Państwa, jednego z najbliższych współpracowników najpierw Władysława Gomułki, a później Edwarda Gierka, w praktyce zakończyło wielką karierę Komara w sporcie. Utrata paszportu, zakaz wyjazdu na igrzyska w Montrealu, w końcu bieda – to wszystko sprawiło, że Komar musiał szukać nowego pomysłu na siebie. Pójście w aktorstwo było krokiem naturalnym, skoro przyjacielem artystów i stałym bywalcem salonów był już od dawna. W SPATiF-ie (klub Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu) był nawet kreatorem smaku. Stworzył tam prawdopodobnie najdziwniejszego drinka w historii kultowego miejsca spotkań bohemy. Mianowicie kelnerzy zawsze podawali mu koktajl z kurzego rosołu wymieszanego z wódką.

Na głowie turban, w turbanie lód. I pchnięcie roku

– Władek uwielbiał przede wszystkim zabawę. My, to znaczy ja i Jacek Wszoła, zawsze go pilnowaliśmy, żeby nie przeholował, żeby zdobywał minimum na dane zawody. Ale on nam uciekał. Zawsze wieczorem nas przechytrzył i wracał rano. Byliśmy małolatami, ale niesamowicie żeśmy go opierniczali, że łajza jest, bo nie czeka do zawodów, tylko wcześniej pije – opowiada Kozakiewicz.

Najlepsza historia o tym, jak to młodzi pilnowali, ale nie upilnowali starszego o kilkanaście lat kolegi?

– To było w Sztokholmie. Władek szedł hotelowym korytarzem, zauważyła go hostessa i zaprosiła, żeby jechał z nią na bankiet. Ona wystrojona, on w krótkich spodenkach i podkoszulce. I co? Pojechał jak stał, a wrócił rano w turbanie na głowie. Dostał go od jakiegoś wysoko postawionego Araba, gospodarza imprezy. Tyle z Jackiem zrozumieliśmy z jego opowieści – mówi Kozakiewicz.

– Już kiedy lecieliśmy do Sztokholmu, Władek powiedział, że jest w formie, więc musimy pilnować, żeby czegoś nie wykręcił. Ale wieczorem zniknął, nie było go przez całą noc i nie pojawił się na śniadaniu w dniu zawodów. Po śniadaniu widzieliśmy, jak duży facet w arabskim stroju wykłóca się z recepcjonistką. Uznaliśmy to za zabawny incydent i poszliśmy na kawę. Nagle przybiega Władek Kozakiewicz, który dzielił pokój z Komarem, i mówi, że ten Arab śpi w jego łóżku. To był oczywiście Władek Komar, który w jakichś okolicznościach przebrał się w strój arabski i tak wrócił do hotelu – opowiada Wszoła.

– Ile myśmy go wtedy cucili. Na przemian go polewaliśmy zimną wodą i ciepłą wodą, a on tylko prosił, żebyśmy go już nie mordowali. Nie do życia był. Ale po południu wyszedł na stadion, tam zdjął turban, wziął kulę i pchnął najlepszy wynik w roku. Tak to z Władkiem Komarem bywało – tłumaczy Kozakiewicz. A Wszoła uzupełnia: – Turban był mu potrzebny, żeby schować tam kostki lodu chłodzące bolącą głowę. On chyba rzucał w tym turbanie! I uzyskał bodajże trzeci swój wynik w karierze.

“Kobitki, alkohol, palenie papierosów”

Olimpijskie złoto z Monachium, a do tego dwa brązy mistrzostw Europy, z 1966 i 1971 roku – to medalowe osiągnięcia Komara. Skromnie jak na gladiatora mającego 200 cm wzrostu, 130 kg wagi i znakomite geny (ojciec był płotkarzem, a matka kulomiotką). Czy Komar w pełni wykorzystał swoje możliwości w sporcie?

Sam powiedziałby, że nie. Już na sportowej emeryturze opowiadał przecież, jak w swoim olimpijskim debiucie, na igrzyskach Tokio 1964, najpierw wyeksploatował się na treningach, a generalnie bardziej skupiał się na towarzyskich niż na sportowych podbojach. “Pokusy Tokio były tak wysokie, że zmogły moją dobrą formę. I zamiast zająć miejsce medalowe, byłem ósmy czy dziewiąty [dziewiąty]. Przyczyny braku formy? Wiadomo: nietrenowanie, kobitki, alkohol, palenie papierosów” – wyliczał w “Gwiazdozbiorze polskiego sportu”.

W barwnej grupie polskich lekkoatletów sprzed lat Komar był szczególnie kolorowy. Playboy, hulaka, artysta, który podobno ustatkował się dopiero dzięki drugiej żonie, Marii Szot, która dała mu syna, Mikołaja – tak wspominają go wszyscy.

Kniaź Komar przyjechał po beczkę ojca. Rozdał wszystko

Wszyscy twierdzą też, że nigdy nie zgasło w nim to, co najlepsze. – To był ogromny showman. Jak miał występ i zdarzyło mu się zapomnieć tekstu, to improwizował, śpiewał wymyślane na poczekaniu piosenki i wychodziło nawet jeszcze lepiej. Jak graliśmy w brydża, a w nim zawsze byliśmy partnerami, to nawet kiedy przegrywaliśmy i wydawało się, że nic nas nie uratuje, Władek przed ostatnim rozdaniem zawsze wymyślał, co który z nas zrobi i działało, nie wiem jak, ale działało. Kochał tę grę. On każdą, najtrudniejszą sytuację umiał obrócić w żart. To był cudowny chłopak – mówi Marian Woronin.

Ten cudowny chłopak miał na koncie pobicia, nawet milicjanta. Romansował z hazardem, organizował ruletkę, był właścicielem nielegalnego kasyna. Ale bliscy Komara są przekonani, że to wszystko trzeba mu wybaczyć. – Kiedy ktoś pyta, jakim Władek był człowiekiem, lubię opowiadać, jak pojechałem z nim na Litwę, do dworku, który należał do jego ojca. Na widok Władka ludzie padali na kolana i płakali z radości, że kniaź Komar przyjechał. A on temu dał pięć rubli, tamtemu 10, szybko rozdał wszystko, co miał. Ludzie się cieszyli, że nareszcie będzie dobrze, skoro kniaź wrócił – opowiada Kozakiewicz.

Duet Władysław & Władysław czyli duży Wally i mały Wally, jak o Komarze i Kozakiewiczu mówili i pisali Amerykanie, na Litwę wybrał się po rodzinne srebra Komara. W dworku w Rogówce późniejszy mistrz kuli dorastał do czwartego roku życia. Uciekał z niego wraz z matką i starszą siostrą, gdy w 1944 roku ojca zamordowali litewscy faszyści. Władysław Komar senior stracił życie za to, że w czasie II wojny światowej należał do Armii Krajowej, ukrywał Żydów i zakonnice. Po ucieczce do Polski żona zamordowanego na siedem lat oddała dzieci do sierocińca w Otorowie w Wielkopolsce prowadzonego przez Urszulanki.

– Władek pojechał po rodzinne srebra. I nawet je odzyskał. Ale tak naprawdę bardziej go interesowała beczka starki, którą ojciec zakopał pod jednym z drzew. Nie mógł odżałować, kiedy się okazało, że ktoś go uprzedził – Kozakiewicz przywraca nam uśmiech.

Groźby islamistów i stan przedzawałowy

O wyjazdach z Komarem na Litwę, Łotwę, do Estonii i do wielu innych miejsc dawnego Związku Radzieckiego jeszcze raz mówi Supron. – Byliśmy nawet w Dagestanie. Tam islamiści grozili, że nas powyrzynają, bo rozwiesiliśmy plakaty z dziewczynami w rękawicach bokserskich, a bez staników. Taki chwyt marketingowy. Czasami, już po walkach, robiliśmy dla publiki konkursy. Panowie brali na plecy nasze modelki i robili przysiady. A jak któraś dziewczyna zgubiła stanik, to na widowni było wielkie “wow” – śmieje się wicemistrz olimpijski w zapasach. – Najfajniej było w Moskwie. Trzy razy nasz wrestling zagościł w słynnym Parku Gorkiego, a gazety pisały, że równie dużo ludzi przyszło tam kiedyś tylko na występ Ałły Pugaczowej. Do tego przez 12 dni z rzędu robiliśmy show w hali Dynama i ona zawsze była pełna. Naprawdę ludzie tam mieli głód Ameryki. A Władek tę Amerykę świetnie odgrywał – dodaje Supron.

– Raz tylko zrobiło się naprawdę groźnie. Mówiłem już o scenariuszu, według którego trenerzy Amerykańców i Niemców się bili. Jako sędzia i sufler zawsze kątem oka śledziłem tę ich walkę wychodzącą z ringu na salę. Ale akurat tamtym razem występowaliśmy na stadionie, panowie odeszli ze 100 metrów od ringu i straciłem ich z oczu. Nagle mnie zawołali do szatni, a tam Władziu leży bialutki i czeka na karetkę. Okazało się, że miał stan przedzawałowy – wspomina Supron. – Wtedy się wylizał. Ale że w 1998 roku nie było mnie w Międzyzdrojach, to zawsze będę żałował – dodaje przyjaciel Komara.

Potrójna tragedia

17 sierpnia 1998 roku Komar i Tadeusz Ślusarski wracali z Międzyzdrojów z Biegu o Bursztynowy Puchar, imprezy organizowanej przez inną gwiazdę lekkoatletyki, Bogusława Mamińskiego. Ślusarski prowadził forda scorpio należącego do Komara, a właściciel drzemał z tyłu. O godzinie 17.50 pod Przybiernowem na Pomorzu Zachodnim ford jadący z Międzyzdrojów zderzył się czołowo z renault, za kierownicą którego siedział Jarosław Marzec. Wybitni olimpijczycy zginęli na miejscu, Ślusarski miał 48, a Komar – 58 lat. 35-letni Marzec, również lekkoatleta, czterystumetrowiec, zmarł kilka dni później w szpitalu w Szczecinie. Wypadek przeżyli tylko jego żona oraz Krzysztof Świostek, przyjaciel Ślusarskiego i Komara, który podróżował obok Ślusarskiego, siedząc na fotelu pasażera.

– Gdybym tam pojechał, to Władek na pewno zabrałby się ze mną, jak zawsze. Ja jeżdżę ostro, ale jakoś – odpukać – szczęśliwie – mówi Supron.

Zostaw komentarz