Lance Armstrong. Oszust nie chce być zły

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

© Splash News Lance Armstrong w dokumentalnym filmie stacji ESPN ujawnia, że pierwszy raz przyjął doping już w wieku 21 lat, dużo wcześniej, niż mówił dotychczas.

Słynny amerykański kolarz do stosowania niedozwolonych środków przyznał się siedem lat temu w rozmowie z prezenterką telewizyjną Oprah Winfrey.

Potwierdził wówczas, że przyjmował erytropoetynę (EPO), kortyzon, testosteron i hormon wzrostu oraz stosował transfuzje krwi. Był na dopingu za każdym razem, kiedy wygrywał Tour de France.

Jego najnowsze wyznanie jest jednak rewelacją, bo oznacza, że oszukiwał znacznie wcześniej. ESPN na razie opublikowała zapowiedź dwuczęściowego filmu dokumentalnego. Całość stacja wyemituje 25 maja i 1 czerwca. Wszystko wskazuje na to, że najważniejszy fragment już poznaliśmy, choć zwiastun daje nadzieję na więcej.

1,5-minutowy materiał otwiera pytanie: „Kiedy pierwszy raz przyjąłeś doping?”. Rozmówcami, obok głównego bohatera, są byli koledzy Armstronga z drużyny U.S. Postal, Amerykanie: Jonathan Vaughters, George Hincapie, David Zabriskie i Tyler Hamilton. Ten ostatni mówi: – Wiedziałem, że jestem w sytuacji „dołącz do klubu albo wracaj do domu. Skończ szkołę i znajdź prawdziwą pracę”.

Armstrong też jest szczery do bólu. – Czy wiedziałem, co mi podają? Daj spokój, zawsze pytałem: „Co my tu mamy?”. Wiedziałem i za każdym razem podejmowałem decyzję samodzielnie. Nikt nigdy nie powiedział mi: „Nie zadawaj pytań”. Na to bym się nie zgodził. Zdobywałem wiedzę, wiedziałem, co dostaję, i się na to godziłem.

Wyznanie Amerykanina oznacza, że przyjmował doping,jeszcze zanim wykryto u niego nowotwór jądra, który w dużej mierze zbudował jego legendę. Czy jest możliwe, że nielegalne środki przyczyniły się do choroby? – Nie wiem, ale na pewno nie powiedziałbym, że nie – przyznaje.

Jego kariera była jak hollywoodzki film – tylko bez happy endu. Pochodził z rozbitej rodziny, bo jego biologiczni rodzice rozwiedli się, kiedy miał dwa lata. Przygodę ze sportem zaczynał od triatlonu, ale ostatecznie został przy rowerze. Kiedy miał 22 lata, wygrał pierwszy etap wyścigu Tour de France i został sensacyjnym mistrzem świata.

Dziś złoty medal z Oslo (1993) to najważniejszy sukces, jakim może się oficjalnie chwalić. Armstrong wciąż jest też na liście zwycięzców klasyku San Sebastian (1995) oraz Walońskiej Strzały (1996), ale – w świetle wyznania, którego dokonał w materiale ESPN – także te osiągnięcia stoją pod znakiem zapytania.

Wygrane wyścigi jednodniowe zamknęły pierwszy etap jego kariery. Lekarze w 1996 roku zdiagnozowali u niego raka jądra w zaawansowanym stadium, z przerzutami do węzłów chłonnych, płuc, mózgu i brzucha. – Powiedzieliśmy, że ma od 20 do 50 procent szans na przeżycie. Głównie po to, aby dać mu nadzieję. Moim zdaniem szanse były bliskie zera – wyznał po latach jego lekarz Jim Reeves.

Amerykanin wrócił do ścigania półtora roku późnej i był to comeback, który śledził cały świat. Podbił Tour de France, zdobył brązowy medal igrzysk olimpijskich w jeździe indywidualnej na czas. Przyjaźnił się z prezydentem George’em W. Bushem, kolega z zespołu George Hincapie polecał mu walkę o urząd gubernatora Teksasu, a jego fundacja wspierająca chorych na raka biła rekordy popularności. Wszystko stracił kilka lat później.

Dziennikarze David Walsh i Pierre Ballester już w 2004 roku wydali książkę „Tajemnice L.A.: co ukrywa Lance Armstrong?”. Jego dopingową czystość kwestionowali byli koledzy oraz największe europejskie dzienniki. W końcu pogrążyli go dwaj rodacy: Hamilton oraz Floyd Landis. – Widziałem, jak wstrzykuje sobie EPO więcej niż raz. Robił wszystko co my i brał wszystko co my – opowiadał ten pierwszy telewizji CBS.

Zarzuty, które w 2012 roku postawiła mu Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA), były triumfem sygnalistów. Armstrong został zdyskwalifikowany za stosowanie dopingu w latach 1996–2011 tylko na podstawie zeznań świadków, za rękę nikt nigdy go nie złapał. Jego nazwisko wymazano z historii kolarstwa, jakby przez 15 lat w ogóle nie istniał. Jeszcze przez kilka miesięcy szedł w zaparte, aż wreszcie został zmuszony do wyznania prawdy w telewizyjnym show.

Doping zmienił bohatera w czarny charakter. Fani kolarstwa wzdrygają się na dźwięk nazwiska Armstrong, a on sam żali się „The Telegraph”, że czuje się jak Lord Voldemort. To potężny czarnoksiężnik z książek o „Harrym Potterze”, którego imię wszyscy boją się wymawiać.

Kiedyś, gdy wszedł do baru, jeden z pijanych gości zapytał, czy to naprawdę on. Potwierdził i usłyszał: „To s*********”. Później podobno podszedł do barmana i powiedział, że zapłaci cały rachunek tamtego stolika. Anonimowo. To jedna z historii, którą także opowie w filmie „Lance”.

Upadły gwiazdor po przyznaniu się do dopingu i odcierpieniu kary chciałby odciąć przeszłość grubą kreską, ale ta ciągle go dogania. – Ludzie udają, jakbym nigdy nie żył. Kiedy oglądam w amerykańskiej telewizji Tour de France, mam wrażenie, jakby ktoś zabronił o mnie mówić – żali się.

Roli tego złego Armstrong ma dość, choć bicie się w pierś przychodzi mu z trudem. Przedstawia się raczej jako ten, kto wyrównywał szanse, nie oszukiwał. Jeszcze rok temu powtarzał przed kamerą NBC, że podczas kariery „zrobił, co musiał, żeby wygrać, i dziś nie postąpiłby inaczej”.

Niewykluczone, że nowy dokument ESPN traktuje jako kolejną szansę na rozgrzeszenie za szczerość.

Chce być przy sporcie, nie daje się wyprosić. Trzy lata temu zaczął nagrywać kolarski podcast, który podczas Tour de France bije w USA rekordy popularności. Wcześniej przejechał dwa etapy Wielkiej Pętli z grupą amatorów i zbierał pieniądze dla chorych na białaczkę. Niedawno w trakcie TdF wystąpił też jako ekspert NBC, co wzbudziło za oceanem olbrzymie kontrowersje.

Wielu chciałoby go z kolarstwa usunąć na zawsze, a on ciągle wraca z wygnania.

Zostaw komentarz