Kuriozalny samobój Arkadiusza Malarza. Dramatyczna sytuacja ŁKS-u w ekstraklasie

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Nowemu trenerowi ŁKS-u, Wojciechowi Stawowemu nie można zarzucić, że nie szuka rozwiązań problemów, które pojawiają się w grze jego zespołu. Gdy z Górnikiem Zabrze zawiódł środek pola, na mecz z Rakowem postanowił rozsunąć pomocników. Łodzianom nie wciąż nie przestaje brakować skuteczności w obronie i ataku? Zmienia zestawienie defensywy, a także napastników, którym dodatkowo dobiera nowych partnerów na pozycjach numer “osiem” i “dziesięć”. Ale wciąż nie potrafi znaleźć takiego ustawienia, w którym łódzka drużyna zdobędzie komplet punktów.

Zobacz wideo Mioduski reaguje na słowa Bońka. “Powinien kupić klub piłkarski” [SEKCJA PIŁKARSKA #50]

Stawowy wini siebie. A to zespołowi brakuje jakości

To, że Stawowy nie odcisnął jeszcze swojego piętna na drużynie, 54-latek bierze na siebie. Wszystkiemu winny ma być trener. Kazimierz Moskal w swoich zmianach też nie był skuteczny. Ale w pewnym momencie mógł nawet zrozumieć, że tu nie pomoże taktyczna rewolucja, mieszanie składem i rotowanie na poszczególnych pozycjach. W Łodzi po prostu brakuje jakości. Nie istnieje tu instytucja napastnika – kolejno Rafał Kujawa, Samuel Corral, Łukasz Sekulski i Jakub Wróbel nie wykorzystywali swoich szans. W defensywie nie ma ani jednego solidnego obrońcy – Carlos Moros Gracia, Maciej Dąbrowski, Jan Sobociński i Maksymilian Rozwandowicz popełniali masę prostych błędów, często kosztujących klub cenne punkty.

– Na treningach zawodnicy wyglądają zupełnie inaczej. Wymagam też od nich znacznie więcej, niż prezentują w czasie meczów – mówił na jednej z konferencji prasowych Wojciech Stawowy. – Pracujemy nad stylem gry. Chcemy grać ofensywnie i odbierać piłkę jak najdalej od własnej bramki. W meczu z Górnikiem wychodziło to słabo, w tym z Rakowem lepiej i myślę, że to może być taka tendencja zwyżkowa – zapowiadał szkoleniowiec. W meczu z Jagiellonią pomysł na grę ŁKS-owi skończył się po 20 minutach.

Pomysły Stawowego nie wypaliły. Samobój Malarza podsumował sezon

Na środowy wieczór Stawowy przygotował kolejny ze swoich pomysłów. Niewykorzystany, bo mówił o nim już przed meczem z Górnikiem Zabrze. Wtedy i podczas meczu z Rakowem używał ustawienia z trójką cofniętych zawodników – dwoma środkowymi obrońcami i defensywnym pomocnikiem w postaci Dragoljuba Srnicia. Przez pauzę za kartki Macieja Dąbrowskiego na środku defensywy zamiast niego zagrał Jan Sobociński – w tym sezonie zaliczający dużo prostych błędów. Według założeń miał trzymać się lewej strony. I to właśnie przez ustawienie w tej strefie własnej połowy nie zdążył wrócić we własne pole karne, gdy Jakov Puljić wyprowadzał piłkę, a chwilę później zdobywał gola na 1:0. Zaspał także Dragoljub Srnić, a na lewej obronie przy dograniu do zawodnika Jagielonii nie interweniował Adrian Klimczak. Innym pomysłem Stawowego był Antonio Dominguez na lewej stronie boiska. Hiszpan był sprowadzany, żeby zastąpić Daniego Ramireza – pomocnika, który grał jako ofensywny pomocnik lub prawy skrzydłowy. Ten eksperyment też można uznać za nieudany, bo Stawowy zmienił go w przerwie za młodzieżowca, Adama Ratajczyka.

W 27. minucie łodzianom pozostał już tylko smutek i cisza po samobójczym golu Arkadiusza Malarza. Doświadczony bramkarz rzucił się do strzału Macieja Makuszewskiego, piłka odbiła się od słupka, a Malarz, jakby wiedząc, co się dzieje, leżał po interwencji i obserwował, jak piłka po dotknięciu jego pleców wpada do bramki. Wściekły spuścił głowę i chyba sam zdał sobie sprawę, że tu już nie ma, czego szukać. Pozostała godzina gry i cierpień kibiców ŁKS-u. Niemalże każdy atak Jagiellonii kończył się zagrożeniem pola karnego. Prawie każda akcja łodzian była przerywana przez zawodników drużyny Iwajło Petewa.

Ten samobój chyba podsumował cały dotychczasowy sezon gospodarzy. Kombinacja bojaźliwości w pojedynku z rywalem, błędów obrońców – zwłaszcza ich spóźnionego i niepełnego krycia, a do tego pecha. Tego samego, który pojawiał się w meczach ŁKS-u w tym sezonie już kilkanaście razy. I zawsze karcił właśnie łódzki klub. Z Jagiellonią skarcił jeszcze raz. Kiedy w drugiej połowie we własnym polu karnym faulował Tadej Vidmajer, wprowadzony na boisko zaledwie dwie minuty wcześniej. Z jedenastego metra trafił Martin Pospisil i tym tak naprawdę zamknął tę kompromitację ŁKS-u na własnym stadionie.

Kredyt zaufania od klubu, ale nie od kibiców

Siedem punktów straty do piętnastej Korony Kielce i trzynaście do bezpiecznego, trzynastego miejsca Wisły Kraków – sytuacja ŁKS-u na osiem meczów przed końcem sezonu ekstraklasy jest dramatyczna, choć klub wciąż może wierzyć w utrzymanie i liczyć na cud. Ale w Łodzi zabrakło wypracowania podstaw, na których można by je opierać. Spadek jest już niemal pewny, a kontrakt Stawowego podpisany do końca czerwca 2022 roku. Będzie miał czas pracować, kombinować i wymyślać nowe koncepcje gry swojej drużyny. Za to będzie oceniany i jeśli zarząd klubu nie zmieni decyzji w porozumieniu ze szkoleniowcem tak, jak miało to miejsce w przypadku Kazimierza Moskala, dostanie na to czas. Tylko od niego zależy, w jaki sposób go wykorzysta. Najprawdopodobniej nie będzie miał jednak tego ważniejszego kredytu zaufania – od kibiców. I musi mieć tego świadomość.

Przeczytaj także:

Zostaw komentarz