Korpopremier z centralą za plecami

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

© AFP Ogólny nieład, kwaśne miny, szybkie tempo i brak entuzjazmu premiera Mateusza Morawieckiego – tak wyglądało ogłoszenie składu i struktury nowego rządu.

Od początku obecnej dobrej zmiany PiS Mateusz Morawiecki ma jedno naczelne zadanie: pilnować wyborców, by przypadkiem nie zaczęli się bać o gospodarkę. W nowym rządzie to się nie zmieniło. Ale obecność Jarosława Kaczyńskiego na stanowisku wicepremiera odbiera szefowi rządu resztki złudzeń co do tego, kto naprawdę rządzi.

Czytaj także:

Reuters: Polski rząd skręca jeszcze bardziej w prawo

Może zresztą tych złudzeń nie było wcale: Morawiecki jest człowiekiem przywykłym do rządów „centrali”, która ostatecznie decyduje – czy to z Madrytu o ofercie kredytowej banku, czy z Nowogrodzkiej o tym, kto ma być ministrem i co robić.

Jak na technokratę i bankowca przystało, premier trzyma się kultury korporacyjnej i trudno mu przejść do porządku nad wybrykami polityków, którzy w ogóle się na tym porządku nie znają, realizują za wszelką cenę swoje ambicje i nie potrafią poczekać, aż w hierarchii przyjdzie ich kolej. Nie rozumie tego także dlatego, że w polityce nie funkcjonuje samodzielnie: były współpracownik PO, a nawet przyjaciel niektórych polityków Platformy, świadomie pod koniec jej rządów dokonał zmiany barw politycznych, dając się jeszcze na finiszu nagrać w restauracji Sowa & Przyjaciele. Daleka jestem od wiary w teorię działania premiera na zlecenie rosyjskich oligarchów, którą kolportuje Tomasz Piątek w książce poświęconej Morawieckiemu, ale jest faktem, że jego kariera polityczna nie rozwija się w sposób tradycyjny. Kiedy w biznesie ktoś przenosi się do konkurencji, często zabiera ze sobą teczki albo twardy dysk czy też wypuszcza w sieć pełną chmurę danych. I to jest posag wnoszony do nowego zarządu. Co wniósł do PiS Mateusz Morawiecki?

Bo co uzyskał – widać gołym okiem. I nie najmniejszą wśród korzyści wartością było uznanie, wreszcie, po 30 latach dorobku jego ojca Kornela Morawieckie-go, który pierwszy raz za swojego życia mógł wkroczyć do oficjalnej polityki i zbierać wyrazy uznania za przeszłość. Jednak nawet PiS nie odważyło się wpuścić go razem ze skomplikowaną i okrytą mgłą tajemnicy historią we własne szeregi.

Morawiecki świadomie na początku swojej drogi zawodowej wybrał życie bankowca, dawało mu to niezależność od kolegów ojca rządzących Wrocławiem, z których co najmniej połowa stała po drugiej stronie sceny politycznej i niechętnie patrzyła na konkurencję. Koledzy jednak wciąż byli na miejscu, kiedy wybuchł kryzys finansowy i okazało się, że prawdziwy awans w górę istnieje w polityce, a nie w finansach.

Od 2015 roku w rządzie PiS Mateusz Morawiecki miał gwarantować dobre relacje z kapitałem i inwestorami, przerażonymi socjalnymi transferami partii Kaczyńskiego. Z tego zadania w dużej mierze się wywiązał.

Przed nami trudna zima i czająca się zapaść gospodarcza. Wyborcy PiS zaczynają liczyć, ile inflacja, kryzys i pandemia zjadły im z 500+. W tej sytuacji pole manewru się zmniejsza i może lepiej stanąć za czyimiś plecami. Nawet za cenę własnych ambicji. Korporacje nie bez przyczyny mają swoją hierarchię. Ktoś musi schować teczki.

[Uwaga od redakcji: Opinie w tym artykule są opiniami autora, opublikowanymi przez naszego partnera, i nie reprezentują poglądów Microsoft News ani Microsoft]

Zostaw komentarz