Jacek Rostowski: Pieniędzy w nie ma, bo PiS je roztrwonił w dobrych czasach

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Jan Vincent-Rostowski © Newspix.pl / DAMIAN BURZYKOWSKI Jan Vincent-Rostowski

Pieniędzy nie ma. Nie ma ich w momencie, w którym są najbardziej potrzebne – tak komentuje stan finansów państwa Jacek Rostowski, wicepremier i minister finansów w rządzie Donalda Tuska, który zmagał się z ostatnim kryzysem z 2008 roku. Podkreśla, że rząd Mateusza Morawieckiego przespał czas prosperity i wydawał pieniądze na programy zapewniające popularność partii. Rostowski mówi też, że PiS ponosi również karę za odrzucenie argumentów na temat pro-cykliczności wpływów podatkowych w czasach kryzysu.

Jak pan ocenia działanie tarczy antykryzysowej?

Jacek Rostowski, były wicepremier i minister finansów: Ona jest nie tylko dziurawa, co jest oczywiście najbardziej frustrujące dla przedsiębiorców ale także bardzo ograniczona, jeśli chodzi o rozmiar. Trzeba rozróżnić jej poszczególne elementy, szczególnie kwoty, które rząd w nieuzasadniony sposób po prostu dodaje do siebie.

Rząd sumuje obniżenie podatków i wzrost wydatków budżetu i funduszy centralnych z jednej strony i gwarancji kredytowych BGK lub PFR i zasilanie banków płynnością przez NBP z drugiej. To tak jakbyśmy dodawali jabłka do samochodów. To przecież dwie zupełnie inne kategorie.

W tej tarczy najważniejszy jest element fiskalny, czyli dodatkowe wydatki, czy zrezygnowanie z części dochodów budżetowych. Ta kwota wynosi 30 miliardów złotych w tym roku. Oznacza to 1,3 procent PKB. Warto przypomnieć, że w przypadku Niemiec mamy do czynienia z 25 proc. PKB, a w przypadku Francji z 12 proc. PKB. Nawet w przypadku Węgier jest to prawie 10 proc. PKB, a Włosi przeznaczyli ponad 14 proc. PKB.

Z czego wynika ten niski poziom w Polsce?

Z tego, że rząd wierzył, że pieniądze są i zawsze będą (śmiech).

A nie ma ich? Jakiś czas temu słyszeliśmy o zrównoważonym budżecie i o tym, że polskie finanse mają się bardzo dobrze.

Pieniędzy nie ma. Nie ma ich w momencie, kiedy są najbardziej potrzebne dlatego, że w czasie świetnej, można nawet powiedzieć – wspaniałej – koniunktury zamiast poprawiać finanse publiczne na przypadek wystąpienia kryzysu, PiS używał środków publicznych do kupowania sobie popularności, żeby przeprowadzić swój wielki projekt, którym jest utrwalenie swojej władzy na wieki wieków.

To nie był przypadek, że ja w noc wyborczą w 2015 roku powiedziałem, że pieniędzy nie ma i nie będzie do następnych wyborów na wszystkie obietnice które PiS złożył podczas tamtych wyborów.

Oczywiście zakładałem elementarną odpowiedzialność ze strony rządzących. Ani przez moment nie przypuszczałem, że po prostu tej elementarnej odpowiedzialności za przyszłość państwa nie będzie.

Mateusz Morawiecki powiedział to absolutnie otwarcie w czasie swojego wystąpienia Senacie, kiedy była procedowania pierwsza tarcza antykryzysowa. Powiedział wówczas, że nie może więcej wydawać na tarcze dlatego, że groziłby nam kryzys walutowy albo nawet kryzys bankowy. Z tego, samooskarżenia premiera jest jasne, że gdyby utrzymywali tę odpowiedzialność za finanse publiczne w dobrych czasach, którą ja – ewidentnie zupełnie błędnie zakładałem w noc wyborczą – to można by znacznie więcej dzisiaj wydawać na walkę i z epidemią i z nadchodzącym wielkim kryzysem, kiedy te środki naprawdę są Polakom potrzebne.

Panie Premierze w nawiązaniu do tego wystąpienia w Senacie i tego, że mówi się, że nie ma pieniędzy; szczególnie przedsiębiorcy narzekają na niepewność sytuacji i każdy z nich zbroi się jak może na czasy kryzysu. Co pan sądzi o tym nowym pomyśle bonów wakacyjnych, czyli nowe „1000 plus”. Państwo dokłada 90 proc, 10 proc. przedsiębiorca, co ma kosztować budżet 7 mld zł.

Rozumiem, że branża turystyczna, restauracyjna i hotelarska są w bardzo trudnej sytuacji.

Nie rozumiem, skąd te pieniądze mają przyjść. W obecnym budżecie ich nie ma. Niech rząd najpierw powie, jak chce to zrobić.

W prostych słowach: czy ma zamiar znowelizować budżet i czy to ma być jednym z najważniejszych elementów strony wydatkowej? Wtedy będzie można rozważyć sens tych działań. Na razie, jest to obietnica wyborcza bez pokrycia, zresztą jedna z wielu. Ja nie mówię, że tego pomysłu nie będzie. Dopóki ona nie jest znacznie bardziej skonkretyzowana, to po prostu trzeba ją traktować jako przysłowiowe obiecanki cacanki.

Co pan sądzi o prognozach unijnych? Wskazują one, że będziemy mieli stosunkowo najmniejsze tąpnięcie PKB, ale też płaską krzywą wychodzenia z kryzysu.

Rząd bardzo się chwali tym pierwszym, a mniej mówi o tym drugim. Są też inne elementy, które są też ważne w prognozie europejskiej, o których rząd woli nie wspominać.

O jakich elementach pan mówi?

Po pierwsze według tej prognozy będziemy mieli trzeci najwyższy deficyt sektora finansów publicznych w całej Unii Europejskiej. Trzeci najwyższy, czyli 24 kraje będą z mniejszym. Będzie więc, według tej prognozy, gigantyczne, dramatyczne pogorszenie stanu naszych finansów publicznych.

Zresztą znacznie większe, niż prognozowany spadek PKB. To pokazuje to, o czym mówiliśmy my, a czego nie chciał przyjąć do wiadomości PiS z posłem Horałą na czele w czasie dyskusji nad luką VAT-owską – mianowicie wskazuję to na skrajną pro-cykliczność dochodów podatkowych w Polsce. Jeżeli deficyt ma wynieść 9,5 proc.PKB, a PKB ma spaść o 4,3 proc. przy czym mamy wzrost wydatków w granicach 1,3 proc. no to mamy dwukrotnie większy spadek dochodów podatkowych niż spadek PKB.

Czyli mamy właśnie tę gigantyczną pro-cykliczność o której ostrzegałem PiS wielokrotnie podczas posiedzeń Komisji VAT-owskiej. Niestety wówczas nie chcieli słuchać, a teraz się to mści na nich i na nas wszystkich. Nie mam satysfakcji, że tak się dzieje. Mądry rządzący przyjąłby moje ostrzeżenia do wiadomości i wiedząc, że w sytuacji ostrego kryzysu, właśnie coś takiego najprawdopodobniej się wydarzy zadziałałby zapobiegawczo, poprawiając finanse publiczne w dobrych czasach. Według tej prognozy Komisji Europejskiej o której mówimy, już w tym roku przy przewidzianym spadku PKB i deficycie, będziemy się ocierali o 60 proc.relacji długu publicznego do PKB.

Takie są prognozy, ale czy rzeczywistość może być jeszcze gorsza?

Oczywiście prognozy są tylko prognozami, ale warto je brać pod uwagę, bo to oznacza, że Polacy mogą odczuć znacząco skutki kryzysu, nawet bardziej niż w innych państwach. Prognozy Komisji zawsze są oparte o obecny stan prawny. One nie biorą pod uwagę zmian po stronie wydatkowej, takich jak np. ów bon wakacyjny o którym mówiliśmy, czy dalszych zmian po stronie obniżania podatków. To pokazuje, jak niebezpieczna jest sytuacja. Jest jeszcze jeden element w tej prognozie. Mówi on, że Polska będzie miała trzeci największy wzrost bezrobocia.

Panie Premierze, za pana czasów kryzys po upadku Lehmann Brothers również przyszedł niespodziewanie. Nikt nie przypuszczał, że akurat w tym momencie to się wydarzy. Czy dało się przygotować gospodarczo do kryzysu związanego z COVID? Nawet w sytuacji nierozprzestrzeniania się epidemii, problemy w Chinach prędzej, czy później odbiły się echem w różnych częściach świata. A to, że w Chinach się źle dzieje było widać już w styczniu. Spóźniliśmy się z działaniami?

Dziś już wiemy, że były one wdrożone bardzo późno. Opozycja, szczególnie Małgorzata Kidawa-Błońska, alarmowała, że nie wiemy, jaka jest prawdziwa sytuacja epidemiologiczna, że nie robi się testów, że jesteśmy nieprzygotowani. Okazało się, że to była absolutna prawda.

Nie byliśmy przygotowani na masowe testowanie, a służba zdrowia również nie została przygotowana. Użyto zatem najbardziej topornego instrumentu, jakim były i są te bardzo daleko idące restrykcje. Ja nie mówię, że ten instrument jest niesłuszny. Warto jednak zaznaczyć, że jeżeli inne obszary działań rządu byłyby dobrze przygotowane, i wcześniej wdrożono stosowne rozwiązania, to tym mniej państwo musiałoby się opierać, na tym właśnie najbardziej skrajnym instrumencie.

Dla mnie jest szokujące, że tuż po ogłoszeniu tych daleko idących restrykcji swobody obywateli, była propozycja Koalicji Obywatelskiej bardzo znacznego wzmocnienia służby zdrowia, aż o 20 miliardów złotych. A PiS ją po prostu odrzucił. Już wtedy było jasne, że nasza służba zdrowia i tak tych pieniędzy potrzebuje.

Z dzisiejszej perspektywy widzimy dodatkowo, że epidemia będzie długotrwała, więc nasza służba zdrowia tym bardziej potrzebuje tych środków. To nie jest taka epidemia, która przyszła, jest i szybko będzie po wszystkim. Niektóre głosy w WHO mówią nawet o pięciu latach nim ona w pełni przeminie. Wobec tego, tym bardziej to pokazuje, że kierunek wzmocnienia służby zdrowia jest niezmiernie ważny. Nie tylko po to, by ratować życie pacjentów – co jest kluczowe – ale także po to, żeby ludzie mieli poczucie bezpieczeństwa, że mogą iść do pracy, jechać do hotelu, czy pójść do restauracji i na zakupy.

Wzmocnienie służby zdrowia wzmocni gospodarkę?

Dokładnie tak.

Uważam, że czynnikiem, który najbardziej wzmocni gospodarkę, sprawi, że ona odżyje, jest właśnie poczucie bezpieczeństwa wynikające z masowego testowania i naprawdę sprawnej służby zdrowia.

Ludzie muszą czuć, że epidemia jest opanowana. By było tak, że każdy, kto zachoruje, jest natychmiast testowany i izolowany wraz z innymi osobami, z którymi miał kontakt. Należy testować, śledzić wszystkie kontakty zarażonych i zalecić samo-izolacje. Ta metodologia wymaga dużych środków, bardzo dobrego zorganizowania no i potem jeszcze leczenia. To są te elementy, które muszą działać by ludzie chętniej korzystali z różnych usług, a także sami pracowali.

Po drugie ważne jest bardzo staranne i przemyślane opracowanie zabezpieczenia stanowisk pracy i zakładów pracy. Nie widzę wystarczającej aktywności rządu w tym zakresie.

Z jakimi wyzwaniami będzie się musiała zmierzyć Polska gospodarka już po jej odmrożeniu?

Ważne jest, tak jak mówiłem wcześniej zabezpieczenie stanowisk pracy. To jest kluczowe dla uruchomienia gospodarki. Tego tematu mi brakuje w działaniach rządu. Brakuje mi wystarczająco aktywnych działań po stronie BHP. BHP zrobiło się bardzo ważną sprawą, nie tylko dla pracowników, ale także dla klientów. Oczywiście trochę ruchu wokół tego jest, ale za mało się o tym mówi i słyszy. To mnie niepokoi.

Wracając do wcześniejszego wątku. Uważa pan, że za późno zaczęliśmy wdrażać plany pomocy dla przedsiębiorców?

Uważam, że tak. Dalej za późno je wdrażamy.

Te państwa, które będą szybko wdrażały stosowne wymogi BHP i pomagały przedsiębiorcom finansowo, by mogli przetrwać i dostosowywać stanowiska pracy, zyskają wielką przewagę konkurencyjną. To będzie Szwecja, Niemcy, i bardzo możliwe, że też Czechy.

A nasz rząd zamiast tego zajmuje się fałszowaniem wyborów.

Czy Unia Europejska spóźniła się z pomocą? Jak pan ocenia polskie stanowisko względem Unii?

Tutaj są dwa różne elementy. Czy Unia Europejska trochę się spóźniła? Trochę to trwało, na przykład zanim zadziałała przeciwko różnym negatywnym działaniom państw członkowskich np. tym blokującym eksport sprzętu ochronnego. Tutaj trochę się spóźniła, ale to była kwestia powiedzmy dwóch tygodni.

Jeśli chodzi o wsparcie finansowe, to wydaje mi się, że też w pewnym sensie trochę się spóźniła, bo trwało to jakiś tydzień nim Bruksela powiedziała, że wszyscy, którzy mają jakieś niewykorzystane środki, mogą ich używać do walki z wirusem. Nikt jednak nie działa natychmiastowo. Byłoby oczywiście lepiej, gdyby tak stało się tydzień wcześniej, ale obawiam się, że dużo większe opóźnienia niż miało miejsce przy uwolnieniu tych środków ma Polska z wykorzystaniem tych 7,5 mld euro.

Jak Pan postrzega zaangażowanie Polskiego Funduszu Rozwoju w pomoc przedsiębiorcom w walce z kryzysem? PFR to spadkobierca Polskich Inwestycji Rozwojowych, które powstały za czasów rządu PO-PSL.

Dobrze, że PFR jest, dobrze, że działa. Pytanie jest: czy działa dobrze? Stworzyliśmy Polskie Inwestycje Rozwojowe właśnie po to, żeby móc działać w kontekście nieoczekiwanego kryzysu. I ja się cieszę, że one istnieją po to, żeby działać w tym trudnym okresie. Żałuję, że działały zupełnie niepotrzebnie w czasach dobrych. Kiedy szczerze mówiąc, niepotrzebnie mąciły na rynku – w takim sensie, że wszyscy wiedzą, że sektor prywatny lepiej inwestuje niż sektor publiczny, poza inwestycjami klasycznie publicznymi jak np. infrastruktura.

Największe moje wętpliwości wzbudza fakt, że PFR teraz wchodzi w rolę kredytowania przedsiębiorców. Emituje obligacje i – jeśli dobrze rozumiem – sam będzie kredytował firmy. Ja jednak uważam, że to banki są od tego. To banki mają umiejętności decydowania o zdolności kredytowej.

Obawiam się upolitycznienia całego procesu. Pojawia się też w tym wszystkim NBP, który de facto będzie finansował banki po to, by one swoje dodatkowe środki inwestowały w obligacje państwowe. Mamy więc taką sytuację, że banki będą od finansowania budżetu, a PFR będzie od kredytowania przedsiębiorstw. To nie jest zdrowa sytuacja.

Rozumiem, że Narodowy Bank Polski musi utrzymać płynność systemu bankowego. Nawet mógłbym zrozumieć, że będzie kupował na wtórnym rynku obligacje państwowe, bo jest naprawdę wyjątkowa sytuacja. Czymś innym jest jednak sytuacja, w której banki używając płynność z NBP, stają się maszynką do finansowania budżetu, a PFR staje się maszynką do alokacji kredytu firmom prywatnym. To nie jest zdrowe.

Zostaw komentarz