Inni zrobili to wcześniej i lepiej. Niektóre historie warto odgrzewać, ale nie w TVP

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Sylwester Latkowski, reżyser filmu "Nic się nie stało" © PAP/Radek Pietruszka Sylwester Latkowski, reżyser filmu „Nic się nie stało” Sylwester Latkowski postanowił wziąć na tapet sprawę sprzed pięciu lat. Tyle że inni dziennikarze robili to już wcześniej i lepiej. Film „Nic się nie stało” to narzędzie. Służy walce o rząd dusz Polaków. I być może Latkowski jest tu takim samym pionkiem, jak bohaterowie w jego filmie.

  • Z dużym zainteresowaniem obejrzałabym dokument o pedofilii wśród celebrytów, ale tak się składa, że „Nic się nie stało” nim nie było.
  • Wiceminister sprawiedliwości zapowiedział powołanie przy Prokuratorze Generalnym specjalnej komisji do zbadania sprawy „Zatoki sztuki”. Tak jakby coś przeszkadzało zająć się nią poważnie rok, dwa, trzy lata temu.
  • Dziwnym trafem TVP zdecydowało się na emisję filmu Latkowskiego, reklamowanego szumnie jako dokument obnażający „pedofilię wśród celebrytów”, kilka dni po premierze filmu braci Sekielskich o pedofilii w polskim kościele katolickim.

Stręczycielstwo, wykorzystywanie seksualne i szantażowanie nastolatek to jedna z tych spraw, która musiała ujrzeć światło dziennie. Tyle że „Nic się nie stało” Sylwestra Latkowskiego to pozbawiona głębszej refleksji odgrzewana historia, bazująca na pracy dziennikarzy, którzy zajmowali się „Krystkiem” i Zatoką Sztuki od lat. Jednym z nich był zresztą sam Latkowski. Mimo to, do ogólnego obrazu sprawy dołożył swoim filmem zaledwie kilka szczegółów.

„Myślałem, że coś przełamię, tak jak Sekielskim się udało” – mówił Latkowski w studiu TVP po projekcji.

Tyle że Latkowskiemu się nie uda. U Sekielskich bohaterowie są ludźmi – z przeszłością, emocjami i uczuciami. Ludźmi, których próbuje się zrozumieć. U Latkowskiego to tylko pionki służące określonemu celowi – wskazaniu palcem, kto jest zły.

Można powiedzieć – trudno. Koniec końców nie każdy film musi być nowatorski, czy najzwyczajniej w świecie – dobry. Latkowski ma już na koncie kilka ciekawych dokumentów jak debiutanckie „To my rugbyści” czy „Blokersi”. Największy problem polega jednak nie na przeciętnej formie, ale na osadzeniu „Nic się nie stało” w propagandowym kontekście. Na tym, jak film był sprzedawany przed premierą i na tym, co Latkowski mówił w programie na żywo pokazanym po dokumencie. 

Dziwnym trafem TVP zdecydowało się na emisję filmu Latkowskiego, reklamowanego szumnie jako dokument obnażający „pedofilię wśród celebrytów”, kilka dni po premierze filmu braci Sekielskich o pedofilii w polskim kościele katolickim. I rzeczywiście, celebryci pojawiają się w obrazie. Na zdjęciach zrobionych w Zatoce Sztuki widzimy między innymi Borysa Szyca, Adama „Nergala” Darskiego, Krzysztofa Skibę, Kubę Wojewódzkiego czy Liroya. Niezbity dowód pedofilii, zwłaszcza, że fotografie znanych osób, które odwiedziły dany lokal, można znaleźć na ścianach i fanpage’ach restauracji i klubów od Monciaka po Krupówki. Z dużym zainteresowaniem obejrzałabym dokument o pedofilii wśród celebrytów, ale tak się składa, że „Nic się nie stało” nim nie było.

Latkowski zdecydował się również na pokazanie gwiazd, które były przeciwne zamknięciu miejsca. Co z tego, że mogły znać je wyłącznie jako dom kultury. Bo za dnia Zatoka Sztuki rzeczywiście spełniała tę funkcję. Na kolejnym pokazie slajdów mającym obnażać „pedofilię wśród celebrytów” pojawiają się między innymi Magdalena Cielecka, Grażyna Wolszczak czy Wiktor Zborowski. A także Kuba Wojewódzki, który kilka minut po zakończeniu projekcji zapowiedział skierowanie przeciwko TVP sprawy do sądu. I można by to wszystko uznać za sposób reżysera na zilustrowanie, jak popularnym miejscem była Zatoka Sztuki, gdyby nie debata, którą TVP uraczyło widzów po filmie.

Wziął w niej udział między innymi wiceminister sprawiedliwości Michał Wójcik wychwalający pod niebiosa Zbigniewa Ziobrę, który wreszcie wziął się za walkę z pedofilią w Polsce. Wiceminister zapowiedział nawet powołanie przy Prokuratorze Generalnym specjalnej komisji do zbadania sprawy „Zatoki sztuki”. Tak jakby coś przeszkadzało zająć się nią poważnie rok, dwa, trzy lata temu. Sam Latkowski wywołał do tablicy szereg celebrytów sugerując, że brali udział w szemranych imprezach i doskonale wiedzieli o wykorzystywaniu dziewczynek. Mówił też o „celebrycie z TVN” urządzającym castingi na „chłopców do łóżka”. Prowadzący tę dyskusję Michał Adamczyk usilnie dopytywał, o kogo chodzi, ale wyciągnął od Latkowskiego tyle, że szefem celebryty jest Edward Miszczak, dyrektor programowy TVN.

Nie można też pominąć publicystki „W Sieci”, która zabrała głos, żeby niczym dobra katechetka przekonać widzów, że „pedofilia wśród księży to są przypadki jednostkowe” i że niektórym ludziom zależy na tym, żeby „połączyć słowo pedofilia ze słowem ksiądz, tymczasem to nie jest prawda i nie wolno w to wierzyć”.

Film Sylwestra Latkowskiego „Nic się nie stało” według statystyk podanych przez TVP, obejrzało 3 miliony 600 tysięcy osób. „Zabawę w chowanego” braci Sekielskich – 5 milionów 800 osób, tyle że przez cztery dni. Można powiedzieć, że TVP wygrało batalię o narrację.

W tej historyjce dobrym rycerzem jest Zbigniew Ziobro, ale degeneratami nie są wcale księża-pedofile ani „Krystek”, tylko celebryci z rozrywkowych programów. Koniec końców w TVP żadne znane twarze już nie pracują.

Nowa wspaniała Zatoka

O co chodzi w całej sprawie? W 2011 w Sopocie otwiera się Zatoka Sztuki. Ma być tak pięknie – pracownie artystyczne, wernisaże, spektakle teatralne, warsztaty i koncerty. Kultura najwyższych lotów tuż przy plaży.

Tyle że gdy artyści spali, budziły się demony. Dzikie imprezy szybko stały się nową wizytówką Zatoki Sztuki. Ot, komercyjna gałąź prywatnego domu kultury, który przecież musi na siebie zarabiać. Nie byłoby może w tym i nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że do pracy w charakterze hostess rekrutowane były nastolatki.

Dziewczyny zarabiały, a interes się kręcił. Wydawało się, że wszyscy są zadowoleni. Zatoka Sztuki zbierała znakomite recenzje i stała się obowiązkowym miejscem do odhaczenia dla odwiedzających miasto. Sopot, choć zrzeszony z Trójmiastem, ma zaledwie 35 tys. mieszkańców. Bajka o centrum kultury w spokojnym miasteczku kończy się w Dzień Kobiet.

Sopockie Twin Peaks

8 marca 2015 roku 14-letnia Anaid odbiera sobie życie. Rzuca się pod pociąg relacji Gdańsk-Wiedeń. Już wkrótce jej śmierć rzuci cień na idyllę miasteczka. Całkiem jak w lynchowskim „Twin Peaks”. Tyle że to nie serial. Anaid, w przeciwieństwie do Laury Palmer, ginie naprawdę.

Dzień przed śmiercią wysłała koleżance SMS-a o treści „On mnie zgwałcił”. On to Krystian W., pracownik Zatoki Sztuki. Oficjalnie był kierowcą. Nieoficjalnie zajmował się rekrutacją nastoletnich hostess. Szybo okazuje się, że Anaid nie była jedyna. Najpierw koleżeńskie wiadomości, zdjęcia z jachtów, obietnice imprez w ekskluzywnych klubach i przede wszystkim – pracy. W ramach „rekrutacji” Krystianowi W. zdarzało mu się podawać dziewczynom alkohol i przymuszać je do stosunków seksualnych. Nastolatki były szantażowane, a często także stręczone gościom klubu i znajomym „Krystka”, który szybko zyskał w mediach przydomek „łowcy nastolatek”. W toku śledztwa okazało się, że w sprawę był też zamieszany współwłaściciel Zatoki Sztuki i kilku innych pomorskich klubów Marcin T. – jak udało się ustalić Latkowskiemu nadal przebywający na wolności.

Koledzy dziennikarze

Wróćmy do 2015 roku. Kilka miesięcy po tragicznej śmierci Anaid „Gazeta Wyborcza” rusza z cyklem reporterskim „Zatoka Świń”, w ramach którego ujawnia, co naprawdę działo się w sopockiej Zatoce Sztuki. Dociera do matki zmarłej 14-latki, która na własną rękę szuka innych dziewczynek skrzywdzonych przez „Krystka”. Znajduje kilkanaście, potem już zgłaszają się do niej same. Policja sugeruje, że jej córka była galerianką, ale Joanna chce sprawiedliwości. Idzie do programu Zbigniewa Stonogi. Wywiad ogląda dziennikarz TVN Tomasz Patora i decyduje się na zrobienie własnego materiału. Dociera do dziewczyny, która pięć lat przed samobójstwem Anaid została zgwałcona i szantażowana przez „Krystka”.

Sprawą zajmuje się też dziennikarz Onetu Mikołaj Podolski piszący wówczas do magazynu „Reporter”. Jego tekst przechodzi bez echa. Podolski kontaktuje się z bardziej prominentnymi postaciami. Jedną z nich jest Sylwester Latkowski, do niedawna naczelny tygodnika „Wprost”. Jest lipiec 2015 roku, a Latkowski dzięki Podolskiemu zaczyna interesować się tym, co dzieje się w Zatoce Sztuki.

W filmie Latkowskiego nie ma bohaterów. Może poza matką Anaid, która powiedziała już wszystko, co miała do powiedzenia i jest po raz kolejny zmuszana do przypominania sobie tragedii. Zamiast bohaterów mamy modulowany infantylnie głos lektorki. Odczytuje zeznania nastolatek podłożone pod ujęcia na których widzimy kobiece stopy, samochód w lesie czy dziewczyny tarzające się w pościeli. Latkowski podążą przetartymi szlakami, przystrajając się przy okazji w piórka detektywa-odkrywcy.

Nie zbliża się nawet do sedna problemu, bo nie próbuje zadać kluczowego dla dokumentalisty pytania „dlaczego?”. Tak naprawdę nie dowiadujemy się niczego o Anaid ani o innych skrzywdzonych dziewczynkach. Nie wiemy, jaka była, co lubiła, czy wolała polski czy matematykę. To nie jest film poświęcony pamięci 14-latki, ale jakaś pokrętna wersja „policjantów i złodziei”, gdzie za policjanta robi sam reżyser.

Zostaw komentarz