Ekspert nie pozostawia wątpliwości: Nie wierzę, że maseczki doprowadziły do wygasania epidemii

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

zdj. Ilustracyjne © Getty zdj. Ilustracyjne Nie wierzę, że to maseczki doprowadziły do tego, że w wielu miejscach epidemia zaczyna wygasać, jak to się sugeruje – mówi prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych.

Newsweek: We wtorek na Górnym Śląsku padł rekord – zakażenie SARS-CoV-2 wykryto u prawie 500 osób. Nie przestrzegano tam zasad dotyczących rozprzestrzeniania się koronawirusa?

Prof. Robert Flisiak: Nie bez przyczyny dotknęło to środowisko górnicze, czyli ludzi skupionych na dość małych przestrzeniach, kontaktujących się ze sobą przez długi czas. Potem koronawirus zaczął się szybko przenosić na rodziny, bo tak to jest z zakażeniami przenoszonymi drogą oddechową. Pewne znaczenie ma też zapewne zagęszczenie ludności na tym terenie.

Dlaczego rząd nie wprowadza różnych zasad wychodzenia z obostrzeń w zależności od stopnia zagrożenia?

– To jest pytanie do rządu, ale od początku epidemii było oczywiste, że tam, gdzie zagęszczenie ludności jest niewielkie, wirus nie będzie się rozprzestrzeniać w takim samym stopniu i takim samym tempie jak na obszarach gęsto zaludnionych. U nas zazwyczaj podaje się liczby zakażonych dla całego kraju, a wystarczyło od początku obserwować poszczególne regiony. Są już przecież nie tylko powiaty, ale całe województwa, np. podlaskie, lubelskie, warmińsko-mazurskie, lubuskie czy zachodniopomorskie, w których rejestruje się sporadyczne zachorowania. Z drugiej strony mamy Górny Śląsk, gdzie jeszcze przez kilka najbliższych tygodni można się spodziewać licznych zachorowań.

Wiele osób ma jednak poczucie, że zagrożenie minęło. Zdjęli już maseczki…

– Od początku epidemii nie byłem zwolennikiem ich noszenia w każdym miejscu. Maseczki są potrzebne tam, gdzie są skupiska ludzi. Nie wierzę, że to one doprowadziły do wygasania epidemii w wielu rejonach, jak to się sugeruje. Epidemia musi wygasać, bo to jest w jej naturze. Czy na Górnym Śląsku zaprzestano noszenia maseczek? Nie, zapewne noszono tak jak dotychczas, a mimo tego epidemia wybuchła. Zresztą są dowody naukowe jednoznacznie pokazujące, że maseczki,  jeśli się ich nie zmienia, są największym skupiskiem wszelkich patogenów, nie tylko wirusa SARS-CoV-2. Tworzą się tam warunki sprzyjające dla przebywania bakterii i wirusów. A są ludzie, którzy całymi dniami noszą tę samą maseczkę. Poza skupiskami ludzkimi dodatkowe zabezpieczenia, w tym maseczki, są konieczne, gdy w małym pomieszczeniu musi przebywać kilka osób przez dłuższy czas.

W sklepach?

– Wszystko zależy od ich powierzchni i odległości pomiędzy klientami i personelem. Maseczki powinny też nosić osoby, które mają infekcję górnych dróg oddechowych, aby ograniczyć ryzyko rozprzestrzeniania zakażenia.

Na razie ich brak jest uznawany za głównego winowajcę.

– Dowodem na to, że tak nie jest, są właśnie województwa, w których zakażenia praktycznie zaniknęły, i te, w których wirus się rozprzestrzenia. Podstawową zasadą, którą stosuje się od zawsze podczas każdej epidemii, jest identyfikacja osób zakażonych i ich izolacja.

To kiedy ogłosimy jej koniec?

– Nie jestem wróżbitą. Ale widzę wygasanie epidemii na dużych obszarach kraju.

Minister zdrowia Łukasz Szumowski od kilku tygodni powtarza, że szczyt epidemii dopiero przed nami.

– Nie wiem, skąd pan minister czerpie takie informacje. Są przecież całe obszary Polski, w których nie ma zakażeń lub są one sporadyczne. Są całe województwa, w których możemy prześledzić krzywą Gaussa, typową dla epidemii, z wyraźnie zaznaczonym szczytem zachorowań, który miał miejsce mniej więcej w połowie kwietnia, i z której wynika, że epidemia wygasa. Chyba że pan minister mówi o problemie globalnym, to na pewno jesteśmy przed szczytem zachorowań. W tej chwili epidemia kwitnie w Ameryce Południowej, nie wiemy, jak będzie przebiegać w Afryce. Ale w Europie w tej chwili trudno byłoby znaleźć kraj, w którym by ona narastała. Państwa europejskie dzielą się na te, w których liczba codziennych zachorowań spada, i te, w których utrzymuje się na tym samym poziomie, jak Polska. U nas rośnie liczba zakażonych w województwie śląskim, ale to oznacza, że we wszystkich pozostałych ta liczba musiała spaść. To jest arytmetyka.

A może nasza wiedza o stanie zagrożenia koronawirusem w Polsce jest niepełna, bo za mało robimy testów.

– Oczywiście, że robimy za mało. Jeśli w jakimś województwie nie dopatrzymy się szczytu epidemii, to znaczy, że wykonano niewystarczającą liczbę testów.

Prof. Robert Flisiak. © Dostarczane przez Newsweek Polska Prof. Robert Flisiak.

Czy koronawirus będzie się pojawiał co sezon i towarzyszył nam jak wirus grypy?

– Będzie nam towarzyszył, ale to nie oznacza, że kolejne fale epidemii, która cały czas będzie trwała, będą tak samo groźne. Zapomina się o odporności krzyżowej, zjawisku, które leży u podstaw immunologii. Koronawirusy, które często nie wywoływały choroby lub powodowały łagodne objawy, cały czas były i są w środowisku, a ludzie od zawsze byli na nie eksponowani. Jeżeli układ odpornościowy wytworzył odporność na te stare, łagodne koronawirusy, to może się okazać, że jest w stanie obronić się albo przynajmniej złagodzić przebieg zakażenia nowym koronawirusem.

Czy tę odporność krzyżową już mamy?

– Wydaje się, że tak, tylko o tym nie wiemy. Nikt się specjalnie nie interesował koronawirusami do czasu SARS-CoV-1. Tylko odpornością krzyżową można wytłumaczyć, że nie choruje 38 mln Polaków, że są rodziny, których członkowie razem przebywali, a jedna lub dwie osoby nie chorują. Ta odporność może być kluczowa dla wygaśnięcia epidemii. Trwanie epidemii zależy od tego, jak dużo w populacji jest osób wrażliwych na wirusa. Jeśli jest coraz mniej, to epidemia nie ma racji bytu i zanika.

Epidemia hiszpanki miała swoje fale i trwała prawie dwa lata. Czy teraz nam to grozi?

– Wirus grypy ma bardzo duże zdolności do zmieniania się. Dowodem na to jest szczepionka, która stosowana w jednym roku nie musi być całkiem skuteczna w kolejnym. Dlatego zmienia się jej skład. Grypa rozprzestrzenia się bardzo łatwo i ma wysoką zakaźność. Nie porównujmy zatem zakażeń koronawirusem z wirusem grypy.

Ale koronawirus też okazał się dość zakaźny i również się zmienia. Mutuje inaczej niż grypa?

– Każdy wirus mutuje. To jest wpisane w jego naturę. Zagrożenie, jakie może wywołać, zależy od tego, jakie to są zmiany. W przypadku wirusa grypy mutacje zmieniają immunogenność wirusa, a czasami nawet chorobotwórczość, jak słynne wirusy grypy świńskiej i ptasiej. W przypadku SARS-CoV-2 tak głębokich zmian, przynajmniej na razie, nie obserwuje się. Nie stwierdzono ich także w przypadku epidemii SARS czy MERS, czyli epidemii wywołanej wirusami z tej samej rodziny. Tamte epidemie wygasły.

Szczepionka, która powstanie, będzie skutecznie nas chronić przed SARS-CoV-2?

– Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba wiedzieć, czy szczepionka bazuje na strukturach antygenowych, które nie podlegają zmianom, czy jest oparta na strukturach, które są bardziej zmienne. Tego na razie nie wiemy. Wiadomo natomiast, że istotną rolę w wygaszaniu epidemii odgrywa wiele czynników zależnych od samego wirusa, środowiska, zachowań ludzkich i osobniczych charakteryzujących danego człowieka.

Skoro uważa pan, że epidemia wygasa, to jak powinno odbywać się łagodzenie obostrzeń?

– Wszystko zależy od regionu. W województwach, w których rejestruje się sporadyczne zachorowania, powinno być zupełnie inne odmrażanie gospodarki, handlu, a może nawet szkół, niż tam, gdzie ona jeszcze trwa, jak choćby na Górnym Śląsku. Dobrze by też było, aby w rejonach, gdzie epidemii już praktycznie nie ma, przestało obowiązywać rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia, które nakazuje personelowi placówek dedykowanych, czyli oddziałów i klinik chorób zakaźnych oraz szpitali jednoimiennych, ograniczanie opieki medycznej tylko do osób zakażonych lub podejrzanych o zakażenie konorawirusem. Gdy w danym regionie nie ma zachorowań lub są one sporadyczne, blokowanie służby zdrowia, uniemożliwianie pacjentom dostępu do programów lekowych, do świadczeń czasami ratujących życie jest groźne.

Jak się zatem teraz panu pracuje w Białymstoku?

– Bardzo dziwnie, bo z jednej strony musimy utrzymywać szpital w gotowości dla pacjentów z podejrzeniem zakażenia koronawirusem, a z drugiej pracuję w województwie, w którym tych zakażeń praktycznie już nie ma. Mamy pojedynczych pacjentów na oddziale, u których rozpoznano chorobę COVID-19. Są w stanie dobrym i lada moment zostaną wypisani do domu, ale mamy zakaz przyjmowania i zajmowania się innymi chorymi.

To znaczy, że szpital stoi prawie pusty?

– Cały czas przyjmujemy pacjentów z podejrzeniem COVID-19, ale że zakażenia koronawirusem nie potwierdzamy, kierujemy tych chorych do innych placówek. Pełnimy funkcję czyśćca. Cierpią jednak na tym inni pacjenci. Przecież przed epidemią nasze oddziały były wypełnione pacjentami z innymi chorobami.

Jak powinniśmy przygotować się na ewentualną kolejną falę epidemii?

– Mam nadzieję, że następnym razem nie będzie powoływania szpitali jednoimiennych, co spowodowało zablokowanie służby zdrowia w niektórych obszarach kraju. Nie ma potrzeby blokowania całego szpitala, często dużego, dla niewielkiej grupy chorych, którzy być może będą potrzebować pomocy. W sytuacji epidemicznej każda placówka opieki zdrowotnej, począwszy od POZ (podstawowa opieka zdrowotna), a skończywszy na szpitalu specjalistycznym, musi mieć warunki do diagnozowania, obserwowania i ewentualnego leczenia chorych na COVID-19. W każdym szpitalu powinien powstać oddział obserwacyjny, w którym będą potencjalnie zakażeni. Dzięki temu pacjent z zawałem, który jednocześnie ma gorączkę, nie zostanie wysłany do szpitala zakaźnego, gdzie ma duże ryzyko śmierci, lecz będzie obserwowany w szpitalu, który posiada oddział intensywnej terapii i gdzie pracują kardiolodzy. Personel oddziału obserwacyjnego w takim szpitalu powinien być po prostu odpowiednio zabezpieczony przed zakażeniem koronawirusem czy jakimkolwiek innym patogenem. Mam nadzieję, że pracownicy opieki zdrowotnej już się nauczyli, że każdego pacjenta należy traktować jak potencjalnie zakaźnego, nie tylko tego, który ma gorączkę i kaszle.

I to już tak zostanie, gdy minie epidemia?

– Ten nawyk powinien zostać. Powinniśmy też wypracować nawyk w myśleniu dyrekcji szpitali, być może wymusić go przez rozporządzenia ministra, żeby mieć odpowiednie zapasy środków ochrony osobistej. Pozwoli to uniknąć takiej sytuacji jak na początku epidemii.

Czy widać już konsekwencje zamrożenia służby zdrowia, które wprowadzono na początku epidemii?

– Rosną kolejki pacjentów, którzy powinni otrzymać leczenie w ramach programów lekowych. Mamy zakażonych wirusem HIV, którzy powinni być jak najszybciej hospitalizowani w celu ustalenia odpowiedniego leczenia. W tej chwili nie możemy się nimi zajmować, chyba że podejrzewamy u nich również zakażenie SARS-CoV-2. Gdy planowaliśmy przyjmowanie tych chorych z racji braku chorych z COVID-19, wprowadzono rozporządzenie, które zakazuje nam opieki nad innymi chorymi.

W Europie mieliśmy szczęście, że w ostatnich dziesięcioleciach ominęły nas wielkie epidemie, które zdarzały się innym. Zapomniano zatem o podstawowych zasadach szerzenia się chorób zakaźnych i postępowania w razie epidemii. Ważne jest, aby wyciągnąć naukę z tej sytuacji, która miała miejsce. Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej na e-wizytach muszą mieć możliwość wirtualnego skierowania pacjenta na badania. Nie może być tak, że jedynym punktem w mieście, gdzie przeprowadza się badania, są izby przyjęć na oddziałach chorób zakaźnych, jak było na początku epidemii i w wielu miejscach nadal tak jest. Wielu lekarzy podstawowej opieki medycznej skarży się też, że bardzo trudne lub wręcz niemożliwe było załatwienie transportu dla pacjenta, który był pod ich opieką, przebywał w domu i nagle gorzej się poczuł, ale raczej nie z powodu COVID-19.

Jak bardzo epidemia nas zmieniła?

– Ludzie omijają się szerszym łukiem. Nikt już się nie wita przez podanie ręki, nie mówiąc o symbolicznym pocałunku. Nie wiem, czy to w nas zostanie, a jeśli tak, to na jak długo. Może się okazać, że utrzymanie dystansu wobec innych będzie niemożliwe lub trudne. Że za rok, dwa wrócimy do starych nawyków, bo taka jest natura człowieka.

Zostaw komentarz