Co naczelnik Kościuszko zrobiłby dziś z prezydentem Trumpem?

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Pomnik Tadeusza Kościuszki © PAP Pomnik Tadeusza Kościuszki

To nie był łatwy tydzień dla naczelnika Kościuszki, Sienkiewicza, Pileckiego, czy nawet generała Lee. Na całym globie trwa gwałtowne poszukiwanie symboli wytyczających drogi ku przyszłości. O spokojnym spoczywaniu w grobach dawni bohaterowie mogą więc tylko sobie pomarzyć.

Gdyby spróbować wymienić rzeczy, które ludzie bardziej kochają od symboli, można zafundować sobie nieliche wyzwanie. Trudno bowiem znaleźć coś budzącego większe emocje. Jeśli symbol pozostaje żywy w pamięci, wówczas w momentach histerycznego uniesienia tłum ludzi gotów jest za niego zabijać lub też masowo oddawać życie. Oczywiście im symbol starszy, tym trudniej osiąga się takie reakcje, dlatego też stale muszą pojawić się nowi kandydaci na pomniki. Czasami, by sobie na niego zasłużyć, wystarcza pechowy zbieg okoliczności.

Czarnoskóry George Floyd podczas aresztowania przez białego policjanta Dereka Chauvina był tak długo przyduszanym kolanem, aż zmarł. Wedle oficjalnych statystyk każdego roku z rąk policji w USA (zwykle podczas próby zatrzymania) ginie ok. tysiąca osób, z czego średnio 250 to czarnoskórzy. Jednak pomnika doczeka się George Floyd, ponieważ jego śmierć podpaliła nie tylko Stany Zjednoczone. Stało się tak, bo: trwa pandemia, ok. 40 mln Amerykanów straciło pracę, żyjący w biedzie afroamerykanie są dziś jeszcze biedniejsi, a prezydentem jest arogancki bufon. Zresztą przyczyn do frustracji mieszkańcy USA mają dużo więcej. Nazbierało się ich tyle, że wystarczyło poczekać na iskierkę podpalającą lont oraz jakiś symbol buntu.

Zobacz również: Fala protestów przeciwko rasizmowi może zatopić Czarnego Piotrusia

Ślepy traf powierzył obie te role pechowcowi, który może nie żył zbyt przykładnie (zostawił córkę i jej matkę, odsiedział 5 lat za napad), ale padł ofiarą sadystycznego policjanta, który już wcześniej znęcał się nad innymi aresztowanymi. Choć clou zdarzenia jest to, iż biały przedstawiciel rządzącej większości zamęczył na śmierć czarnoskórego przedstawiciela mniejszości. Ten fakt sprawił, że dyskryminacją czarnych w Stanach Zjednoczonych przejęto się w Europie. Potępiły ją europejskie media, szef polityki zagranicznej UE Josep Borrell oraz uczestnicy wielu demonstracji, jakie zebrały się pod hasłem „Black Lives Matter” (Czarne życia się liczą). Tak właśnie rodzą się symbole. Nie mają one nic wspólnego z logiką, obiektywizmem, czy prawdą. Ich źródłem jest emocjonalne wrzenie.

Dlatego też symbolem zmiany epoki nie staną się dziesiątki tysięcy starych ludzi, którzy w ostatnim czasie skonali w domach opieki. W sumie mieli pecha podobnego do tego, jaki spotkał George’a Floyda. Ukształtowany w poprzednim stuleciu system społeczny sprawił, że zniedołężniałe osoby na starość trafiają masowo do miejsc, gdzie daje się im jeszcze trochę pożyć. Przy okazji nie obciążając nadmiernym wysiłkiem ani wyrzutami sumienia ich dzieci i wnuków. Jednak pojawił się wirus, zabijający przede wszystkim wiekowych ludzi. W europejskich krajach, gdzie epidemia przybrała większe rozmiary, domy starców nagle stały się małymi obozami zagłady. Odcięci od dostępu do respiratorów (te były potrzebne młodszym) i lekarskiej pomocy pensjonariusze masowo konali w męczarniach, gdy choroba dewastowała im płuca. Cierpienia duszących się starców jakoś mało kogo w Europie obeszły. Ot dopust boży, jaki dotknął odchodzące pokolenie, które ów system domów opieki budowało. Ofiary nie trafią na pomniki (no, chyba że swą wdzięczność za złapanie oddechu będą chciały wyrazić instytucje, będąc w: Belgii, Holandii, Szwecji, Francji, Hiszpanii etc. odpowiednikami polskiego ZUS-u). Zamiast nich symbolem niesprawiedliwości społecznych będzie czarnoskóry Amerykanin George Floyd.

Zobacz również: Rasizm i przemoc policji w USA to nie wszystko. Dochodzą nierówności w walce z… wirusem [OPINIA]

Paradoksalnie jego cierpienie ożywiło dawnych bohaterów. W Polsce najwięcej emocji wzbudziła wiadomość o zdewastowaniu monumentu Tadeusza Kościuszki, stojącego w Waszyngtonie. Korespondent Polskiego Radia zdążył nawet przepytać czarnoskórą młodzież, malującą właśnie na Kościuszce „Black Lives Matter”, jak bardzo ceni sobie bohatera dwóch narodów: polskiego i amerykańskiego. Zaszokowani protestujący na długie minuty zapomnieli o walce z nierównością rasową, rozpaczliwie szukając w pamięci jakiegoś strzępka wiedzy, kim był ów „generał z Rosji”, po którym właśnie bazgrali?

Ów stupor dał Polakom całe dwa dni satysfakcji pod hasłem, że u nas się pomników bohaterów nie niszczy. Aż wreszcie ktoś w Warszawie na monumencie Kościuszki nabazgrał sprayem „Black Lives Matter”. W tym samym czasie na stronie petycjeonline.com dwaj młodzi naukowcy umieścili apel do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wszyscy chętni mogą się podpisać pod żądaniem, by polski MSZ: „podjął działania na rzecz symbolicznego wsparcia czarnej insurekcji kościuszkowskiej, jakim będzie zachowanie napisów na cokole waszyngtońskiego pomnika”. Bo jak uważają autorzy petycji: „gdyby Kościuszko powstał z martwych, wypisałby na monumencie wielki napis «Black Lives Matter»”. Co następnie nasz naczelnik zrobiłby z prezydentem Trumpem na szczęście już nie opisują.

W innej petycji zaszokowana amerykańskim rasizmem polonistka z Sochaczewa domaga się od ministra edukacji usunięcia z listy lektury szkolnych … „W pustyni i w puszczy”. Jak sama pisze: „W świecie (od dawna) postkolonialnym, w świecie postniewolniczym, ale jednocześnie w świecie, w którym nadal z powodu koloru skóry giną ludzie, książka, której treść jest dla polskich dzieci jedynym wśród lektur wzorcem Afrykanów oraz Arabów, nie powinna być podstawowym źródłem informacji o innych rasach i religiach”. Nasza nauczycielka wyraźnie odczuwa wątpliwości, co napisałby na swoim pomniku Henryk Sienkiewicz, bo jego książka jest: „mimo wszystko, rasistowska”. Po czym jak twardo podsumowuje: „Nie ma na to mojej zgody jako polonistki, matki dzieci w wieku szkolnym, ale także humanistki, która, widząc i słysząc hasła «Black Lives Matter» i ostanie, niezwykle wstrząsające, «I can’t breathe», wie, że dla Kalego i Mei miejsce we współczesnym świecie jest już zupełnie inne niż to, które wymyślił im Sienkiewicz”. Czytając, co smakowitsze fragmenty obrazujące, jak niektórzy Polacy palą się do wspierania dyskryminowanych mniejszości w Ameryce, ławo wyobrazić sobie emocje panujące dziś w dużo bardziej postępowych krajach Zachodu.

Zobacz również: Weteran armii USA: Żołnierze zaniepokojeni możliwością wysłania ich do tłumienia protestów

Przy czym walka przy użyciu symboli i pomników niepostrzeżenie przeistacza się w walkę o nie. Na pierwszy ogień zwykle idą te najbardziej pożądane. Jak to działa dała przykład w środę Partia Razem. Na wieść, że Donald Trump zamierza dołączyć anarchistów z amerykańskiej Antify do grona organizacji uznawanych za terrorystyczne, młodzi lewicowcy z Partii Razem napisali w środę na Facebooku: „Antifa oznacza antyfaszyzm. Nie mniej, nie więcej. Szkalując antyfaszyzm, niektórzy sami wystawiają laurkę i stawiają się po stronie zbrodniczych, totalitarnych ideologii”. Dorzucając hasło: „To jest Antifa” opatrzone m.in. zdjęciami Witolda Pileckiego oraz Ireny Sendlerowej. Postawienie Antify w roli spadkobiercy bohaterskiego rotmistrza sprawiło, że prawa strona natychmiast się zagotowała. Zobowiązana do reakcji poczuła się nawet wiceminister kultury Magdalena Gawin. „To jest największy bohater Europy i nadużywanie jego nazwiska w tym kontekście jeszcze przez ludzi popierających bądź będących członkami Antify, należy to zdecydowanie potępić” – oświadczyła pani wiceminister. „To powinno być kategorycznie zabronione” – podkreśliła. Dając tak do zrozumienia, że polska prawica Pileckiego w ręce lewicy żywcem nie odda.

Gdyby ktoś myślał, iż taka walka na symbole i o symbole to polska specyfika, bardzo grubo się myli. To jedno z najbardziej typowych zachowań gatunku homo sapiens. W czasie, kiedy Polacy w odpowiedzi na śmierć George’a Floyda wszczęli spór o Kościuszkę, Sienkiewicza i Pileckiego, w USA gubernator stanu Virginia Ralph Northam zabrał się za gen. Robert E. Lee. Wprawdzie głównodowodzący armii Południa podczas wojny secesyjnej uchodził za nieskazitelną postać i cieszył za życia powszechnym szacunkiem (także na Północy), jednak czasy się zmieniły. Skoro walczył za stany broniące niewolnictwa, teraz jego pomnik ma zniknąć z Richmond. Tak przynajmniej obiecał na konferencji prasowej gubernator Northam. Czy po decyzji zrzucenia z cokołu dawnego bohatera biali południowcy zaczną żywić cieplejsze uczucia dla swych czarnych rodaków i vice versa, czas pokaże. Choć należy przypuszczać, iż raczej otwarty został kolejny obszar konfliktów rasowych w USA. Symbole i pamięć o nich mają bowiem ogromne znaczenie. No bo czyż ludzie gotowi byliby zabijać się nawzajem z błahych powodów?

Zostaw komentarz