Chciałbym i nie chciałbym być psem

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

© Fotorzepa, Piotr Guzik Gdybym nie był katolikiem, gdybym od pokoleń nie miał przodków, którzy wierzyli w posłannictwo Chrystusa, emisariusza jedynego Boga, gdybym urodził się na przykład gdzieś na dalekim Wschodzie, był wyznawcą buddyzmu czy hinduizmu, wierzył w reinkarnację, prawa karmy, chciałbym w następnym wcieleniu być psem.

Pod warunkiem dobrego miejsca i troskliwego opiekuna, nie bezdusznego bydlaka, który przed wyjazdem na urlop wywiózłby mnie do lasu i przywiązał do drzewa. Nie chciałbym być psem bezpańskim, szukającym jedzenia po śmietnikach. Zatem przy boku dobrego opiekuna chciałbym być psem.

Mieszkałbym w jakimś miejscu na ziemi, jedno lub wielopokojowym mieszkanku albo w domku z ogródkiem, miałbym swoją przestrzeń, obwąchaną, obsikaną, którą pilnowałbym dniem i nocą. Żyłbym życiem naturalnym, podporządkowanym instynktowi i swojej psiej naturze, pośród zapachów przyjaznych, które bym kochał i nieprzyjaznych, które bym zwalczał. Od czasu do czasu walczyłbym z innymi psami o swoje terytorium, i o suki, o których nic bym nie wiedział, tak jak dzisiaj, jako człowiek (trochę pechowo – mężczyzna), który nic nie wie o kobietach, choć myśli na odwrót.

Jakże prosty i uczciwy byłby mój świat! Znajome czy obce suki wzywałyby mnie zgodnie z naturą, seksualny zew pobudzałby obieg krwi w moich trzewiach, i nikt nie nazwałby mnie seksistą. Nie wiedziałbym co to ojczyzna, bo ojczyzną byłoby moje obsikane terytorium. Nie zamartwiłbym się o dorastające moje potomstwo, na przykład płeć młodzieniaszków – samców – rozpoznawalna dzisiaj jedynie (jak u papug) przez fachowców, czy młode suczki, bo nie kupowałyby sobie dżinsów z dziurami na kolanach, w wargi górne i dolne nie wpinałyby kolczyków lub sztucznych pereł.

Nic by mnie nie obchodziła polityka. Ani ta globalna, światowa, ani ta mała, rządy autorytarne, czy demokratyczne (co dzisiaj uchodzi za szczytowe osiągnięcie umowy społecznej), bo kiedyś tam Grecy wymyślili sobie demokrację, która zdążyła zdegenerować się na tyle, że dzisiaj karta wyborcza podpisana przez menela równoważy głos profesora czy noblisty.

Wszystkich przywódców mocarstw i pomniejszych państw miałbym głęboko w swoich psich czterech literach, zapach rzuconej kości byłby ważniejszy niż milion “baksów”, czy polityczna kariera choćby na Nowogrodzkiej. Nie znałbym, jak większość polityków, nie tylko z kraju leżącego nad Wisłą, słowa” przyzwoitość”, nie musiałbym powtarzać bez końca, co to znaczy i jak ważne jest to słowo, podtykając pod nos interlokutorom staropolski “Słownika Glogera”.

Doprawdy życie moje – psa – byłoby piękne. Nie musiałbym zgodnie z ambicjami mojej partnerki, nadpsim wysiłkiem zbudować budy o powierzchni 300m2, z basenem, płacić horrendalnych sum za co tydzień nowe zadrapania jej samochodu, nie musiałbym harować jak wół, aby zapewnić jej i naszemu potomstwu luksusowych wakacji. Nie musiałbym walić głową w kierownicę przy nagłym hamowaniu, bo jakiś kretyn wyjechał z podporządkowanej drogi i przeklinać sukinsyna przez kolejne kilometry, który w nagrodę za mój refleks i ocalenie mu życia, odjeżdżając z piskiem opon, pokazał mi środkowy palec.

Będąc psem, nie musiałbym doświadczać poniżenia, gdy obraża się moją godność jako Polaka, wiarę jako katolika, inteligencję jako człowieka i obywatela. Przeinaczaniem historii dla potrzeb bieżącej polityki, przymuszania mnie kłamstwami i matactwami do ksenofobii, pogardy dla odmiennych poglądów, mową nienawiści nie tylko do współobywateli, lecz też innych wyznań i kultur. To wszystko byłoby poza mną.

Ale..

Urodziłem się jako człowiek, nie pies. Szczęśliwie w rodzinie, w której wpojono mi szacunek dla drugiego człowieka. Bez znaczenia czy Araba, czy Żyda. Urodziłem się szczęśliwie w czasie, gdy przeminęła kolejna, okrutna wojna. Gdybym  urodził się dwie dekady wcześniej, prawdopodobnie w jakimś Konzentrationlager wyrywałbym z ziemi dżdżownice, jedyne dostępne białko wzmacniające organizm, a potem wyparowałbym przez komin. Gdybym szczęśliwie przeżył, zapewne wyrywano by mi paznokcie w ubeckiej katowni. O tym rozmyślam, o tym pamiętam. I choć daleki jestem od Ciorana, narasta we mnie przekonanie, że urodziłem się nie w nagrodę, a za karę, że wszystko na tym świecie jest mi wypożyczone: życie, miłość, twórczość.

Lecz wiem też, że mam fart. Bo nigdy nie przymierałem z głodu, nie drżałem ze strachu, zimna, miałem kochających, mądrych Rodziców, dobrych nauczycieli i wykładowców. Miałem to wielkie szczęście, że pokochałem i byłem kochany. Prawdziwie. Bez znaczenia jak długo to trwało, czy zaczęło się w szkolnej ławce wiele lat temu i trwa do dzisiaj, czy tylko przez przypadek trzydzieści jeden miesięcy. Wiem też, że mój organizm to kompilacja atomów powstałych z umierających przed miliardami lat gwiazd, i mało ważne jest, czy życie na naszej planecie narodziło się w “ciepłym stawku” Darwina i ewoluowało do ludzkiej postaci, czy też nieogarnięta przez ludzki umysł sprawcza boska siła nakazała “żyć życiu”. Moim obowiązkiem jest wdzięczność za świadome istnienie, empatia wobec każdego człowieka i uczciwa egzystencja. Nie wolno mi poniżać ludzi.

Podstawowym obowiązkiem jest kontestacja fanatyzmu w każdej postaci: religijnej, politycznej. Sprzeciw i odpór, gdy widzę niesprawiedliwość, hucpę i zło. Także dbałość o zwierzęta, przyrodę, Ziemię. To też mój obowiązek. Tego uczy mnie moja wiara i moje doświadczenie. Zatem, wbrew otaczającej mnie ponurej, polskiej rzeczywistości, myśli te dają mi optymizm i siłę.

“I to minie”- napisano w sanskrycie wedyjskim. Staram się pamiętać o tym, gdy jest źle. Gdy dobrze, natychmiast zapominam. Nie myślę też wtedy o tym, że chciałbym być psem..

Zostaw komentarz