Bilans uchwał o ideologii LGBT

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Prawica powinna odpowiedzieć sobie dziś na pytanie, czy przyjmowanie tych rezolucji przyniosło jakiś pożytek.

© Fotorzepa, Marian Zubrzycki

Sprostowanie, jakie w poniedziałek opublikowała na Twitterze ambasada RP w Waszyngtonie, jest świetnym przykładem, jaki problem ma nasz kraj ze swoją reputacją i jak nieporadnie się w tej sprawie porusza. „Stwierdzenie w tweecie wiceprezydenta Joe Bidena opiera się na niedokładnych informacjach medialnych, ponieważ w Polsce nie istnieją żadne »strefy wolne od LGBT«”, oświadczyła ambasada, podkreślając, że rząd przywiązuje wielką wagę do praworządności i integracji społecznej i wyklucza dyskryminację.

Zostawmy na boku użycie pojęcia „praworządności” w sytuacji, gdy UE zarzuca Polsce jej łamanie. Lepiej przyjrzeć się meritum. Ambasada skomentowała taki wpis Joego Bidena: „Powiem jasno. Prawa LGBTQ+ to prawa człowieka. Na strefy wolne od LGBTQ+ nie ma miejsca w Unii Europejskiej ani nigdzie na świecie”. W tweecie nie padła nazwa naszego kraju, ale był link do depeszy agencji AP omawiającej wystąpienie Ursuli von der Leyen, zatytułowanej „Urzędnik twierdzi, że nie ma w Unii miejsca dla polskich stref wolnych od LGBT”.

AP też napisała, że szefowa Komisji Europejskiej nie wymienia Polski z nazwy, ale przypomina w depeszy podejmowane przez polskie samorządy uchwały dotyczące sprzeciwu wobec „ideologii LGBT” (zaznaczając, że nie mają one żadnej mocy prawnej). Agencja przypomina też wypowiedzi Andrzeja Dudy o tym, że ta ideologia jest gorsza od komunizmu, oraz Jarosława Kaczyńskiego, że jest zagrożeniem dla podstaw naszej cywilizacji. I na końcu przywołuje słowa von der Leyen – „Bycie sobą to nie kwestia ideologii. To kwestia tożsamości. I nikt nie może jej nikomu odebrać”.

Polska prawica zarówno po zeszłotygodniowej wypowiedzi, jak i po wpisie Bidena nie posiadała się z oburzenia i przekonywała, że to wszystko fake news i fałszywe narracje, że w Polsce nie ma żadnych stref wolnych od LGBT. I wszystkiemu winien jest aktywista LGBT, który jeździ po gminach, które przyjęły wspomniane uchwały, i pod tablicami z nazwą miejscowości przykleja tabliczki z napisem „Strefa wolna od LGBT”, robi im zdjęcia i wrzuca do mediów społecznościowych.

Zakrzówek pozwał nawet tego aktywistę, uznając, że jego działanie sugeruje, że gmina kogokolwiek dyskryminuje: – Gmina Zakrzówek chętnie przyjmuje wszystkich, turystów, inwestorów, nie mamy do nikogo żadnych uprzedzeń – mówił mediom wójt miejscowości, która rok temu przyjęła uchwałę: „Zakrzówek gminą wolną od ideologii LGBT”. Choćby z tytułu uchwały wynika, że osoby, które zdaniem radnych są zwolennikami „ideologii LGBT”, nie są tam mile widziane.

I tu jest pies pogrzebany. Oczywiście prawica może się zżymać, że nie stało się nic złego, że gminy tylko chciały bronić rodziny i wartości i kłamliwie przypisuje im się niechęć do ludzi LGBT, skoro oni mówili wyłącznie o „ideologii”. Oczywiście można żalić się na to, że działania jakiegoś aktywisty poszły w świat i że Biden i von der Leyen posługują się medialnymi kliszami.

Ale warto się też zastanowić, kto tę ofensywę rozpoczął. Prezydentowi Dudzie nikt nie kazał straszyć ideologią LGBT. Nikt nie kazał posłowi Przemysławowi Czarnkowi mówić, że homoseksualiści nie są równi normalnym ludziom. I wreszcie, kto kazał samorządom przyjmować rezolucję?

Warto więc zastanowić się jaki jest bilans tej akcji, którą rozkręciła polska prawica. Jakie dobro z niej wynikło? Jakie korzyści wyniknęły dla samorządów z przyjmowania tych rezolucji? A jakie konsekwencje przyniosło to dla wizerunku polskiej prawicy, obozu rządzącego, Kościoła czy w ogóle dla wizerunku Polski? Dobrych skutków naprawdę trudno się doszukać.

Może więc nasza prawica będzie miała na przyszłość nauczkę, że nim da się podpuścić grupie radykałów, którzy chcą dawać świadectwo przywiązania do tradycyjnych wartości za pomocą niemądrych i szkodliwych gestów, by była bardziej ostrożna.

Szczególnie że ze sprawy płynie jeszcze jedna nauczka. Tematyka LGBT nie tylko przedmiotem sporu ideologicznego w Polsce, ale też jednym z czynników budzących ogromne emocje na całym świecie. Fakt, że uchwałami polskich samorządów zajmuje się w dorocznym sprawozdaniu z działania Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen albo że pisze o tym na Twitterze człowiek, który za sześć tygodni może wygrać wybory prezydenckie w USA, nie wynika wyłącznie ze złej woli aktywisty, który zainscenizował swoje zdjęcia. Nie. To pokazuje, że to dziś jeden z najgorętszych tematów również na Zachodzie.

To nie oznacza, że Polska powinna tylko z tego powodu zmieniać swoje prawo i wprowadzać np. jednopłciowe małżeństwa z prawem do adopcji dzieci. Polska jest państwem suwerennym, które samodzielnie podejmuje decyzje dotyczące swego prawodawstwa. Polska ma prawo do utrzymywania swego tradycjonalistycznego ustawodawstwa dotyczącego spraw rodzinnych. Pytanie, czy jest sens przy okazji bezmyślnie podawać swój tradycjonalizm w homofobicznym sosie i używać dyskryminacyjnego języka? Moim zdaniem – nie.

Zostaw komentarz