“Barcelona wywiesiła białą flagę”. Nadchodzi jej zmierzch

Share on facebook
Share on twitter
Share on linkedin
Share on telegram
Share on whatsapp

Jeśli dla Barcelony miał to być mecz prawdy, to prawda jest taka, że stała się zespołem fatalistycznym. Zagrała przecież najlepsze spotkanie po wznowieniu sezonu, ale wynik 2:2 sprawia, że wygrana Realu Madryt z Getafe, da mu cztery punkty przewagi i niemal pewne mistrzostwo. Tak właśnie zmieniła się Barca: kiedyś wygrywała nawet te mecze, w których grała słabo, dzisiaj traci punkty chociaż gra nieźle. Nie strzela już goli samą swoją wielkością i determinacją – jak o pamiętnym trafieniu Andresa Iniesty przeciwko Chelsea mówił Pep Guardiola. Nie ma w tym sezonie tej wielkości, którą przytłaczała rywali i dzięki której wygrywała nawet skomplikowane spotkania. Trudno przypomnieć sobie w tym sezonie mecz, w którym przezwyciężyła jakiekolwiek niepowodzenia.

Zobacz wideo

Antoine Griezmann dobity przez Setiena 

Można wyliczać dalej: Quique Setien kombinował ze składem i wystawił w tak ważnym meczu Riquiego Puiga wraz z trzema innymi środkowymi pomocnikami: Busquetsa, Vidala i Rakiticia, a skrzydłowych – Antoine’a Griezmanna i Ansu Fatiego zostawił na ławce rezerwowych. I chociaż eksperyment długo mógł się podobać, bo Barcelona szybciej niż w poprzednich meczach operowała piłką i wypracowała kilka groźnych okazji, to jednak w drugiej połowie, gdy z jednej strony musiała przycisnąć, by szukać zwycięskiego trafienia, a z drugiej opadała z sił – obaj skrzydłowi siedzieli na ławce do ostatnich minut. I zamiast mówić, że Setien miał całkiem dobry pomysł z zagęszczeniem środka pola, mówi się jedynie, że przegapił moment, w którym powinien wpuścić skrzydłowych. Ma to też wymiar pozasportowy, bo na ławce do 90. minuty siedział Antoine Griezmann. Jeżeli Setien chciał dobić go po nieudanych miesiącach, to wpuszczając na minutę przeciwko byłemu klubowi, zrobił to idealnie. Policzek jak się patrzy.

Znajdą się tacy, którzy stwierdzą: nie gra, bo jest w słabej formie i nie ma co go ciągnąć za uszy, tylko dlatego, że kosztował 120 milionów euro. W tę stronę idzie też Setien: – Wiem, jak może się czuć, ale nie będę go przepraszał – stwierdził po spotkaniu. Ale bycie trenerem to coś więcej niż wystawiania jedenastu piłkarzy w najlepszej formie. Żeby nie szukać daleko – Zidane cały sezon stawia na Marcelo i chociaż na boisku zyskuje niewiele, to przynajmniej w szatni ma wszystko poukładane. A w tak wielkich klubach to aspekt równie ważny, o czym przecież targana chaosem Barcelona wie najlepiej. Dla Griezmanna spotkanie z byłymi kolegami musiało być ambicjonalną sprawą. Można w tym było nawet dostrzec szansę, że ewentualny gol dający zwycięstwo przeciwko Atletico, mógłby okazać się dla niego przełomowy. Diego Simeone to rozumie. Pytany po meczu o sytuację Griezmanna, machnął tylko ręką: – Nie mam słów – powiedział i skończył wywiad. A żeby w kółko tylko nie gdybać – Francuz na pewno nie zagrałby w tym meczu gorzej od kompletnie niewidocznego Luisa Suareza.

Jeżeli prawdziwe są informacje “Radia Katalonia”, że Quique Setien dostał od władz ultimatum, to strata punktów w meczu z Atletico Madryt powinna doprowadzić do jego zwolnienia jeszcze w tym sezonie – bez czekania na to, co zrobi w Lidze Mistrzów, bo z taką grą jak w ostatnich tygodniach, Barcelona i tak nie ma w niej czego szukać. Simeone może więc zwolnić kolejnego trenera Barcy (Ernesto Valverde odszedł po porażce w Superpucharze Hiszpanii), a zarząd za chwilę będzie musiał podjąć kolejną decyzję: jeśli zwolnić, to kiedy i kogo wziąć w zamian? Aż strach się bać, co tym razem wymyślą szefowie Barcy. 

Wymiana Arthura na Pjanicia, jako przykład pogubienia

2015 – rok ostatniej wygranej Ligi Mistrzów i czas przyspieszonych wyborów na prezesa Barcelony – to dobra cezura, żeby ocenić jego dokonania. Pięć lat temu Messi i Suarez mieli po 28 lat, Sergio Busquets i Gerard Pique byli u szczytu kariery. Neymar szykował się do przejęcia pałeczki po Messim. Jordi Alba, Marc-Andre ter Stegen i Ivan Rakitić uzupełniali pierwszy skład i wydawali się skrojeni dla Barcelony. Pięć lat to w futbolu dużo, a jednak trzon zespołu się nie zmienił. Nie dlatego, że zarząd nie chciał go zmienić. Przeciwnie, bardzo chciał. Kupował na potęgę – drogo i bez sensu. Andre Gomesa, Ardę Turana, Lucę Digna, Paco Alcacera, Yerry’ego Minę, Ousmane Dembele, Philippe Coutinho, Kevina-Prince’a Boatenga, Jeisona Murillo, Malcoma i Arthura, którego najpierw namaścili na następcę Xaviego, a chwilę później oddali Juventusowi w transferowej ustawce, która ma uratować oba kluby przed karami za straty w księgowości na koniec roku budżetowego. Na koniec wszyscy sprowadzeni przez Barcelonę piłkarze przegrali rywalizację na swojej pozycji i stali się zbędni. Sukcesja za każdym razem była przerywana, weterani wciąż pozostawali nietknięci, bo większości następców ewidentnie brakowało jakości. Ale byli też tacy, na których w klubie zabrakło pomysłu i tacy, którym zabrakło czasu. Arthur, “nowy Xavi”, nie dorównał pierwowzorowi, bo po dwóch latach został wymieniony na kolejnego do kolekcji 30-latka. A przecież nawet ten oryginalny Xavi nie był tym mitycznym pomocnikiem, do którego teraz porównuje się innych, już w wieku 23 lat. Dojrzał dużo później. Ale wtedy w Barcelonie był na to czas.

Po drodze była afera hejterska, w której prezes wynajął agencję do masowego krytykowania ludzi przeciwnych obecnemu zarządowi klubu. Dostawać się miało się m.in. Lionelowi Messiemu i Gerardowi Pique, czy Victorowi Fontowi, który chce kandydować w przyszłorocznych wyborach na prezesa, rywalizując o stanowisko z Jose Marią Bartomeu. Doszły też kolejne zmiany trenerów, z których żaden nie był wymarzonym wyborem i dostawał stanowisko, bo ktoś przed nim nie był zainteresowany. W zeszłym roku szeroko pisaliśmy natomiast o problemach La Masii, akademii, z której młodzi piłkarze wychodzą do wszystkich innych klubów, tylko nie do Barcelony.

Pomimo tych wszystkich zawirowań, wpadek, mniejszych i większych skandali, Barca wciąż wygrywała – ligę: cztery razy przez ostatnie pięć lat, krajowy puchar: też cztery razy. Rozczarowywała w Lidze Mistrzów. Teraz jednak wydaje się nadchodzić jej zmierzch. Sportowy, bo ten sezon skończy najpewniej z pustymi rękami, a planu na naprawę nie widać. Wizerunkowy, bo z zewnątrz wygląda to tak, jakby w klubie każdy się z każdym kłócił. I tożsamościowy, czego dowodem jest wspomniana wymiana Arthura na Miralema Pjanicia.

Zostaw komentarz